"Piast zdobywca. Hańba" - recenzja
„Piast zdobywca, Hańba” | Recenzja
Jak
długo może trwać wojna? Historia zna zarówno konflikty ciągnące się
przerażająco długo, jak i takie, które kończyły się niemal w mgnieniu oka.
Wojna trwająca około trzech lat, rozpatrywana na tle innych, sytuuje się nieco
poniżej średniej, choć niewątpliwie niesie ze sobą tyle samo śmierci i
zniszczenia co każda inna. Najbardziej dojmującym następstwem wojny pozostaje
jednak jej wpływ na człowieka, którego działania militarne i wszystko, co się z
nimi wiąże, zmieniają najczęściej na gorsze. Trudno zresztą oczekiwać,
by człowiek wyszedł z takiego doświadczenia bez uszczerbku. Pozostaje więc
pytanie, jak to wszystko się zakończy, kto okaże się silniejszy i komu
ostatecznie przypadnie łaska bogów. Od odpowiedzi dzieli nas już tylko kolejny
tom.
Po
dłuższej przerwie powracamy do historii Piasta i Ścibora, a przede wszystkim do
ich osobistej, zaś w szerszym wymiarze również plemiennej zemsty na Popielu.
Trwające między stronami zmagania nie ustają, tym razem jednak wszystko
wyraźnie zmierza ku ostatecznej próbie sił. Brakuje już zarówno środków,
jak i możliwości, aby odwlekać rozstrzygnięcie. Zwycięży ten, kto okaże się
silniejszy, przebieglejszy i bardziej cierpliwy. Kto nim będzie? Wiele wskazuje
na obrońców Gdecza, Łozowic i innych okolicznych grodów, ale zanim ich triumf
stanie się możliwy, musi wydarzyć się jeszcze bardzo wiele. Nie zmienia się
bowiem odwieczna prawidłowość, zgodnie z którą silna armia potrzebuje
odpowiedzialnego, a zarazem gotowego na wszystko wodza. Piast niestety zatracił
te przymioty. Nadmiernie skupił się na zachowaniu ofiarowanej mu władzy i
nazbyt uwierzył we własne możliwości, zapominając, że pycha zwykła poprzedzać
upadek. Wydarzenia, które rozgrywały się między nim a Ściborem, niemal doszczętnie
zniszczyły ich przyjaźń. Dawny kompan stał się jednym z najostrzejszych
krytyków Piasta, przestrzegając go przed kolejnymi błędami i dostrzegając
zagrożenia tam, gdzie wódz pozostawał na nie ślepy. W odpowiedzi Piast
sprzymierzył się z Małomirą, a życie Ścibora zawisło na włosku.
Krzysztof
Jagiełło potrafi umiejętnie żonglować emocjami czytelnika. Dotychczas prowadził
nas przez bitewny zgiełk, wyprawy wojenne i brutalną rzeczywistość zmagań,
opisując je z taką precyzją i siłą sugestii, że czytelnik niemal fizycznie
odczuwał ich grozę i napięcie. Zapewniam, że również w Hańbie podobnych
wrażeń nie zabraknie, choć tym razem opowieść zwraca się wyraźniej ku wewnętrznym
doświadczeniom bohaterów. Koncentruje się na przeżyciach Ścibora, odsłania
motywacje stojące za niektórymi jego decyzjami, a przede wszystkim domyka
pewien krąg w jego życiu. Ci, którzy czytali poprzednie tomy, doskonale wiedzą,
że los go nie oszczędzał, on jednak po każdym ciosie potrafił się podnieść. Tym
razem nie będzie to już tak łatwe. Dawny przyjaciel wodza doświadczy wydarzeń
na tyle dotkliwych, że zwątpi w sens wszystkiego, co dotychczas czynił,
rozczaruje się tymi, których cenił, a być może również bezpowrotnie utraci, z
przyczyn całkowicie od siebie niezależnych, osoby darzone przez niego głębokim
uczuciem. Piast natomiast stanie się postacią jednoznacznie negatywną,
gotową posunąć się do wszystkiego, żeby zachować swoją pozycję.
Tragiczny
wymiar całego splotu zdarzeń, który śledzimy od pierwszego tomu, osiągnie tutaj
swoje apogeum, a w niektórych rozdziałach napięcie dramatyczne zbliży się do
granic wytrzymałości. Mogłoby się wydawać, że czas płynie w tej części znacznie
wolniej, niż zdążyliśmy się przyzwyczaić, jest to jednak wyłącznie złudzenie.
Rzeczywiście pojawiają się fragmenty nieco nazbyt rozciągnięte, trudno jednak
czynić z tego autorowi zarzut. Jeżeli mamy zrozumieć motywy postępowania
głównych bohaterów, musimy towarzyszyć im również w dłuższych wewnętrznych
rozrachunkach. Sam pomysł podstępnego zgładzenia Popiela, który miałby
ostatecznie położyć kres przelewowi krwi, zasługuje natomiast na najwyższe
uznanie. Czym innym jest jednak doskonałość planu, czym innym zaś jego
realizacja, która niemal na pewno nie obejdzie się bez ofiar. Mechanizm
losu został wprawiony w ruch już dawno i zatrzymanie go może okazać się
niemożliwe.
Cała
seria o Piaście Zdobywcy zachowuje jednak swoje niezmienne wyróżniki,
wśród których warto wymienić znakomitą szatę graficzną okładek, choć niestety
po raz kolejny pozbawioną dopełnienia w postaci ilustracji wewnątrz tomu,
niezwykłą plastyczność scen batalistycznych, prowadzenie narracji w rytmie
przedchrześcijańskiego kalendarza oraz wyraziste kreacje bohaterów. Z pełną
odpowiedzialnością za słowo przyznaję również, że mimo iż obcujemy już z
czwartą odsłoną cyklu, nie utracił on nic ze swojej świeżości, a opowiadana
historia pozostaje równie zajmująca jak na samym początku. Historia
jednak nieuchronnie zmierza ku zakończeniu. Czy okaże się ono szczęśliwe i
zgodne z Waszymi oczekiwaniami, pozostawiam do samodzielnego rozstrzygnięcia,
nie formułując przy tym pod adresem autora żadnych zarzutów. Warstwy językowa,
stylistyczna i fabularna niezmiennie utrzymują wysoki poziom, pozostając jednym
z najpewniejszych walorów całego cyklu.
Kończąc
lekturę Hańby, uświadomiłem sobie, że jest to bodaj najsmutniejszy
tom całego cyklu, a być może również jego zwieńczenie. Historia dobiegła
końca, a przynajmniej wszystko na to wskazuje. Nadszedł czas, żeby ta opowieść
zaczęła żyć własnym życiem w pamięci i refleksji czytelników. Lektura całej
serii przyniosła mi wiele satysfakcji i czytelniczej przyjemności, choć,
jak przystało na tego rodzaju powieści, pochłaniałem kolejne tomy szybko,
nieustannie pragnąc wiedzieć więcej. Z przygód dwóch chłopców z Brójnic wyłania
się jedna niezmienna prawda. Zdradzonego zaufania nie sposób w pełni odbudować,
a cios zadany przez kogoś, komu ufało się jak sobie, bywa dotkliwszy niż
wszystkie inne. Czy zatem warto było zdobyć się na tak wielkie poświęcenie? W
moim przekonaniu, mimo wszystko, tak.
Komentarze
Prześlij komentarz