"Miłość po sąsiedzku" - recenzja
Miłość po sąsiedzku | Recenzja Marzenie o prawdziwej miłości, która przetrwa całe życie, jest jednym z najbardziej pierwotnych pragnień człowieka. Chyba każdy z nas chciałby dzielić radości i smutki z kimś bliskim — kimś, kto nie oceni, lecz wysłucha i zrozumie. Do takiego wprowadzenia doskonale pasuje sentencja Thomasa Mertona: „Nikt nie jest samotną wyspą”. Ośmielę się wysunąć — być może nieco śmiały — wniosek, że prawo do miłości można uznać za jedno z praw człowieka. Czasem pojawia się nagle, czasem daje się przewidzieć, lecz najczęściej wymaga cierpliwości i wewnętrznego dojrzewania do pewnych decyzji. Tak właśnie było w przypadku głównych bohaterów powieści Miłość po sąsiedzku . Co ich ocaliło? Jedno, niezwykle rezolutne czteroletnie dziecko… i kilka życiowych komplikacji. Absolutnie nie chcę zabrzmieć złośliwie, ale już po kilku stron...