"Trzy dni Marszałka" - recenzja

 

                                    „Trzy dni Marszałka” | Recenzja 

Józef Piłsudski należy do grona bohaterów narodowych, którzy mają niemal tylu zwolenników, ilu przeciwników. Co ciekawe, w ocenach obu stron jest sporo racji. Podobnie jest z walkami w Warszawie, które wybuchły sto lat temu, oraz z rolą, jaką odegrał w nich Marszałek. Od lat budzi ona silne emocje i trudno uznać je za przypadkowe. Przewrót majowy był bowiem zarazem końcem pewnej epoki i początkiem nowej. Trzy dni trwale zmieniły Polskę i na zawsze zapisały się w jej historii. Wojciech Lada wystawia przywódcom tego zbrojnego wystąpienia gorzką ocenę. Przekonajmy się, czy miał rację.

Niektórych dat, dni i momentów nie da się zapomnieć. Mam na myśli wydarzenia, które na zawsze odcisnęły piętno na nas albo całym społeczeństwie. Zdarzenia, po których następnego dnia świat wyglądał już inaczej. Z przewrotem majowym było podobnie. Jeszcze 10 czy 11 maja 1926 r., poza rozgorączkowanymi głowami komentatorów i analityków politycznych, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, oraz wąską grupą najwierniejszych oficerów, niemal nikt nie mógł przewidzieć, co się wydarzy. Kilkadziesiąt godzin później rozległy się strzały, a Polska znalazła się właściwie w stanie wojny domowej, a przynajmniej w ogromnym politycznym i społecznym zamęcie. Kto ponosił za to winę? Na to pytanie do dziś trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Autor bada przewrót całościowo, przez pryzmat ludzi, dokumentów i wspomnień, dzięki czemu otrzymujemy bogaty obraz tamtych wydarzeń.

Książka zaczyna się dość nietypowo. Przed oczami czytelnika pojawia się Magdalena Samozwaniec, kolejna przedstawicielka rodu Kossaków, która zamierza spędzić kilka ciepłych majowych dni w stolicy. Nie ma pojęcia, czego wkrótce stanie się świadkiem. Ten ciekawy zabieg już na początku pozwala nieco obniżyć temperaturę opowieści, choć gdy narracja przechodzi do opisu walk, napięcie siłą rzeczy znów rośnie. Całość składa się z części głównej, poświęconej wydarzeniom maja 1926 r., oraz trzech aneksów, które uzupełniają to, czego nie dało się zmieścić w zasadniczym toku narracji. Książkę czyta się płynnie, a do warstwy językowej i stylistycznej, poza kilkoma literówkami, nie można mieć większych zastrzeżeń. Wojciech Lada nie prowadzi czytelnika na skróty ku łatwemu werdyktowi. Pozwala, by obraz przewrotu majowego stopniowo wyłaniał się z faktów, relacji i decyzji podejmowanych przez ludzi uwikłanych w tamte wydarzenia. Mam raczej wrażenie, że pisarz wystawia niezwykle gorzką ocenę obu stronom sporu, skupiając jednak lwią część uwagi na postaci i postępowaniu Marszałka. Właściwie trudno było oczekiwać czegoś innego i zupełnie mnie to nie zaskakuje.

Szczególnie zaskoczył mnie w tej książce jeden zabieg, który zmusił mnie do namysłu. Wojciech Lada „odarł” przewrót majowy z historiograficznego patosu i wielkich tragicznych figur, skupiając się od początku do końca na życiu miasta oraz na tym, czym te walki w istocie się okazały: kolejną bitwą warszawską, rozegraną po tej z 1920 r., a przed tą z 1944 r. Moją uwagę przykuło zwłaszcza postępowanie oddziałów wiernych Komendantowi oraz tych, które pozostały po stronie rządowej. Mam tu na myśli opór obu stron, zaangażowanie w prowadzone działania, ambicję i przekonanie o własnej racji. W kalkulacjach zwolenników i przeciwników przewrotu zabrakło chyba miejsca na straty materialne i ofiary wśród ludności cywilnej. Wbrew obiegowym opiniom walki nie ograniczały się jednak do miasta Warsa i Sawy, choć właśnie tu rozlegały się strzały. Wydarzenia majowe oddziaływały także na Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze, a ich znaczenie dostrzegały również przedstawicielstwa dyplomatyczne, o czym świadczą raporty i opinie.

Źródeł puczu trzeba szukać w całym splocie okoliczności, choć Lada wyraźnie pokazuje, że ambicja byłego Naczelnika Państwa wysuwa się tu mocno na pierwszy plan. Piłsudski odsunął się od bieżącej polityki, żył na dobrowolnej emeryturze, a jednak nie potrafił pogodzić się z rolą człowieka stojącego z boku. Państwo, które współtworzył, zaczęło funkcjonować bez niego, zaś rządzący nie zamierzali otwierać mu drogi powrotu do władzy. On z kolei nie chciał układać się z kolejnymi gabinetami. Z tego napięcia wyrósł chaos, który ostatecznie zamienił się w walkę munduru z mundurem. Marszałek wygrał, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że skala oporu musiała go zaskoczyć. Gdy przekraczał Most Poniatowskiego, zapewne nie zakładał, że sprawy potoczą się aż tak daleko. Nie przewidział strzałów, choć wiedział już, że nie ma odwrotu. „Dla mnie droga legalna zamknięta” — miał powiedzieć 12 maja parę minut po 17:00. Kilka lat później brzmiał już znacznie twardziej: „Nie będę wdawał się w dyskusję nad wypadkami majowymi. Zdecydowałem się na nie sam, w zgodzie z własnym sumieniem i nie widzę potrzeby, aby się z tego tłumaczyć”. Zestawienie tych dwóch wypowiedzi dobrze odsłania złożoność Ziuka: najpierw człowieka, który przekracza granicę legalnego działania, a potem przywódcę, który bierze tę decyzję na siebie i nie zostawia miejsca na usprawiedliwienia.

Wojciech Lada pokazuje atmosferę tamtych dni bez niepotrzebnego podkręcania emocji. Pokazuje je możliwie blisko rzeczywistości. Niczego nie pudruje, opiera się na faktach i umiejętnie je obudowuje. Mogłoby się wydawać, że wiek to wystarczający dystans. A jednak nie. Historia wciąż domaga się odpowiedzi na pytania, które sama po sobie zostawiła. Być może dopiero teraz przychodzi czas na spokojniejszą i rzetelniejszą ocenę tamtych wydarzeń. Wiele okolicznościowych publikacji zmierza właśnie w tę stronę, próbując uruchomić rozmowę o tym, do czego doszło w maju 1926 r. To potrzebny krok, a książki takie jak ta pozwalają spojrzeć na przewrót z nowej perspektywy.

Autor pozwala nam wejść w klimat tamtych dni, nie sztucznie i literacko, ale tak naprawdę. Niczego nie pudruje, podaje fakty i je „oprawia”. Wydawać by się mogło, że wiek to sporo czasu. Nic podobnego. Historia domaga się odpowiedzi na pytania, które zadaje. Może dopiero teraz nadszedł czas na rzetelną ocenę tego, co się wydarzyło. Wiele okolicznościowych publikacji do tego zmierza, próbując wymusić dyskusję o tym, do czego doszło. To krok w dobrą stronę, a książki takie jak, ta pozwalają uchwycić nową perspektywę.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja