"Serce bez posagu. Pożegnania i powroty" - recenzja
„Serce bez posagu. Pożegnania i powroty” | Recenzja
Zmieniają się epoki, świat i cywilizacja. Technologia otwiera przed nami coraz więcej możliwości, a potrzeba kochania i bycia kochanym wciąż pozostaje niezmienna. Pewnie każdy z nas gdzieś w głębi marzy o wielkiej, wzniosłej miłości, pełnej porywów serca. Taka miłość zdarza się rzadko. Częściej przychodzi ta zwyczajna, poprzedzona czasem uniesieniem, czasem oczarowaniem. Klara Zawadzka, główna bohaterka, wie, że ta pierwsza, wielka „love story” nie będzie jej dana. Chciałaby jednak zaznać choć trochę ciepła. Czy jej się to uda? Jaką cenę zapłaci za swoje marzenia? I co z tego wszystkiego wyniesie? Zobaczmy wspólnie.
Klara żyje w drugiej połowie XIX wieku, w świecie pełnym sprzeczności. Wyróżnia ją przenikliwy umysł i umiejętność jasnego pisania. Jej intelektualna samodzielność wyrasta z domu, w którym wykształcenie miało wysoką rangę. Ojciec był szanowanym lekarzem, a matka przywiązywała dużą wagę do edukacji. W czasach, gdy nie było to oczywiste, warto zaznaczyć ten fakt już na początku rozważań o książce. Klara wie, że świat, w którym żyje, należy przede wszystkim do mężczyzn. Choć jest odważna, pracuje w szkole i pisze teksty, jako autorka posługuje się męskim pseudonimem. Klara patrzy na świat szerzej niż większość otaczających ją ludzi. Zna swoją wartość i przeczuwa, że jej możliwości są większe niż miejsce, które wyznacza jej świat. Warszawa daje jej wiele możliwości, ale z czasem staje się dla niej miastem obcym, niemal chorym, podporządkowanym konwenansom i grze pozorów. Klara rozumie tę grę, choć nie potrafi jej sobie do końca wyjaśnić.
Życie Klary, dotąd uporządkowane i dość monotonne, zmienia się w chwili, gdy zakochuje się w Julianie Korzyńskim, swoim najsurowszym krytyku. Szybko domyślamy się, że jest to uczucie pozbawione wzajemności. Z pozoru ta relacja może budzić skojarzenie z syndromem sztokholmskim, ale w szerszym kontekście lektury okazuje się dla Klary ważnym doświadczeniem. Dostrzega bowiem w Julianie coś, czego on sam nie chce lub nie potrafi zobaczyć. Korzyński korzysta z pozycji, którą zdobył. Żyje opinią uznanego znawcy literatury, bryluje na salonach, czerpie z uznania i blasku, jakie go otaczają. Ten obraz pozostaje jedynie otoczką. Pod nim kryje się człowiek znacznie mniej pewny siebie, wewnętrznie kruchy, przestraszony tym, jak daleko zaszedł i do czego może go to jeszcze doprowadzić. Staje też przed moralnymi wyborami, których nie zdoła dłużej omijać. Dlatego żyje w iluzji i korzysta z masek, które pozwalają mu ukrywać prawdziwe intencje. Wie, jak wielką siłę mają pozory i jak można ich używać. Klarę i Juliana pozornie łączy niewiele, a dzieli niemal wszystko. Może jednak ta różnica nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać?
Pełniejsze spojrzenie na wątki obecne w książce, także te wykraczające poza historię uczucia, przynosi pamiętnik Klary Zawadzkiej, wpleciony w główny tok narracji. Bohaterka zapisuje w nim przemyślenia rodzące się z codziennych doświadczeń, obserwacji i spotkań. Ten zabieg wyraźnie przywołuje pamiętnik starego subiekta, integralną część Lalki Prusa, choć u Klary wpis nie prowadzi w przeszłość, tylko pogłębia obraz teraźniejszości. Zresztą odwołań do powieści, która od lat dzieli maturzystów na dwa obozy, jest tu znacznie więcej. Pojawiają się nawet Stanisław Wokulski i Izabela Łęcka. Recenzowana książka dobrze oddaje klimat tamtych lat: bale, wieczorki towarzyskie, niskie ukłony, składy bawełny, lampy gazowe, baronowie, hrabiowie i wszechobecny francuski jako język elit. Autorka przekonująco odtworzyła charakter świata, którego reguły coraz trudniej nam dzisiaj zrozumieć.
Los rodziny Zawadzkich zaczyna zależeć od testamentu brata zmarłego ojca Klary i jej sióstr. Stryj kupił najbliższym krewnym kamienicę w okolicach Rynku, do której kobiety mogą się wprowadzić pod jednym warunkiem. Jedna z nich ma poślubić jego wychowanka, wyraźnie od nich starszego. Przyszły mąż okazuje się człowiekiem przyzwoitym i otwartym, a mimo to obie strony tego matrymonialnego układu patrzą na niego z niepokojem, upatrując w nim zarówno szansę, jak i pułapkę. Warszawa, przeniknięta rusyfikacją i podporządkowana twardej władzy generała-gubernatora, przestaje być dla Zawadzkich miejscem, w którym mogliby swobodnie żyć Może dałoby się to jeszcze znosić, gdyby Zawadzcy nie należeli do ludzi światłych, dostrzegających to, czego inni nie chcą albo nie potrafią zobaczyć. Kraków oznacza dla nich szansę, ale także radykalną zmianę. Na co się zdecydują? Co wybierze Klara?
Twórczość
Magdaleny Buraczewskiej-Świątek znam już z wcześniejszych lektur, dlatego po Serce
bez posagu sięgnąłem z pewnym wyobrażeniem o jej sposobie prowadzenia
opowieści. Autorka potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika, a przy tym nie
traci z oczu historii, nawet wtedy, gdy skupia się na szczegółach fabuły.
Dobrze rozumie, jak ważne są realia epoki dla właściwego odczytania opowieści.
To połączenie literackiej wyobraźni z wiarygodnym tłem sprawia, że Serce bez
posagu czyta się bardzo naturalnie, choć sama konstrukcja romansu pozostaje
prosta i klasyczna. Pod względem stylu, języka i prowadzenia opowieści trudno
mi znaleźć coś, co wzbudzałoby zastrzeżenia. Otwarte zakończenie pozwala
mieć nadzieję, że ta historia będzie miała ciąg dalszy, bo świat przedstawiony
wciąż ma wiele do zaoferowania. Chętnie wrócę do tego świata i do jego
spokojnego, literackiego rytmu.

Komentarze
Prześlij komentarz