"I zamilkły fortepiany" - recenzja

 

                                   „I zamilkły fortepiany” | Recenzja

Doświadczenia wojenne potrafią odcisnąć piętno na ludzkim życiu. Strzały, bombardowania, wybuchy, ucieczka, krzyki i jęki, a przede wszystkim strach zmieszany z przerażeniem, nigdy nie znikają ze świadomości. Chyba nie sposób całkowicie wyrzucić ich z pamięci. Zarazem nieustanne rozpamiętywanie tego, co było i życie przeszłością mogą prowadzić do wewnętrznych problemów, czego przykładem jest los Tadeusza Borowskiego. Wanda i Milada, bohaterki tej książki, próbowały rozliczyć się z przeszłością za pomocą pisania. Przelały na papier swoje doświadczenia i w ten sposób odsłoniły przed czytelnikiem własne przeżycia.

Krew żołnierza przelana w obronie ojczyzny jest zawsze jednakowo cenna, bez względu na okoliczności. Nie wolno jej szeregować ani wartościować jako lepszej czy gorszej. Tym, którzy walczyli z Hitlerem od 1 września 1939 roku i później, należy się ogromny szacunek. Wanda Swaczyna, żona przedwojennego oficera Wojska Polskiego, przeszła niemal cały szlak bojowy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, łącznie z wędrówką armii generała Andersa. Nie miała jednak szczęścia w życiu osobistym. Męża straciła już w drugim tygodniu walk obronnych, a później nie mogła znaleźć nikogo naprawdę bliskiego, choć na jej drodze pojawiło się kilku kandydatów. Milada Myrdacz poświęciła się działalności wywiadowczej, zwłaszcza w Wiedniu. Swoją służbę pełniła ofiarnie i niemal bez lęku. Dzięki temu uzyskała dostęp do najpilniej strzeżonych tajemnic III Rzeszy. Zapłaciła za to wysoką cenę, w tym pobytem w celi śmierci. Obie panie są przykładem, że walka z wrogiem nie była wyłącznie męskim zajęciem. II wojna światowa, a ściślej jej fatalizm i totalny charakter, wiele w ich życiu zmieniły.

Łączy je jednak o wiele więcej. Przede wszystkim miłość do muzyki i instrumentu. Obie usiłują żyć normalnie, choć wspomnienia pozostają w nich wciąż żywe, a potrzeba opowiedzenia o nich okazuje się równie silna. Wiedzą, że nikt nie zrozumie ich doświadczeń tak dobrze, jak rozumieją je one nawzajem. Mają też pełną świadomość ceny, jaką przyszło im za to zapłacić. Historia zaczyna się w chwili, gdy Wanda i Milada zasiadają do pisania. Początkowo przychodzi im to z wyraźnym trudem, ale z każdą kolejną stroną opowieść nabiera wyrazistości i wewnętrznej siły. Staje się czymś bliskim, niemal namacalnym. W słowach, zwrotach, akapitach i samym stylu powracają trzy zasadnicze kwestie. Pierwszą z nich jest wola przetrwania, odruch najbardziej pierwotny, uruchamiający się zawsze wtedy, gdy człowiek staje wobec zagrożenia. W jego imię można poświęcić naprawdę wiele. Drugą stanowi równie podstawowy lęk o najbliższych. To nerwowe wyczekiwanie na jakąkolwiek wiadomość, a gdy nadchodzą złe wieści, także ból i łzy.

W ten sposób dochodzimy do trzeciej kwestii: wyobrażenia tego, jak będzie wyglądało życie po wojnie, co prowadzi do przewartościowania wielu spraw, zmiany sposobu myślenia i innego spojrzenia na życie.

Życiorysy Wandy i Milady są pod wieloma względami podobne do setek innych biografii z tego czasu, a jednak jest w nich coś, co pozwala skupić uwagę właśnie na nich. Książka została ukształtowana jako opowieść nie do końca literacka w tradycyjnym sensie. Sprawia raczej wrażenie narracji skierowanej do konkretnego odbiorcy. Sposób jej prowadzenia sugeruje, że jest bardziej mówiona niż pisana. Świadczy o tym składnia, rozpiętość zdań, a przede wszystkim interpunkcja. Choć takie rozwiązanie może budzić różne emocje, moim zdaniem nadaje całej opowieści kolorów, dynamiki oraz wyczuwalnego napięcia, niepewności i elementów zaskoczenia. Nie wszystko przecież kończy się tak, jak można by się tego spodziewać.

Autorka w sugestywny sposób przedstawia losy obu bohaterek w zderzeniu z machiną II wojny światowej. Obie żołnierki są ważną częścią tego świata, bo nawet tam wiele mogą zmienić uśmiech, spojrzenie, wyciągnięta dłoń, a nade wszystko wzajemne wsparcie. Ośmielam się wysnuć tezę, że doświadczenia wojenne scalają mocniej niż kredyt hipoteczny. Kiedy przeszło się przez walkę i ocalało, choć śmierć spóźniła się zaledwie o sekundę, chyba nie ma już przed czym uciekać.

Choć książka opowiada o wojnie w szerokim, globalnym wymiarze, ważne miejsce zajmuje w niej także perspektywa lokalna. Obie kobiety pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego, regionu szczególnie doświadczonego przez historię minionych dziesięcioleci. Ta książka okazuje się cenną regionalną skarbnicą wiedzy. Jestem niemal pewien, że każdy region, każde miasto i każda miejscowość mają swoich bohaterów, bardziej lub mniej znanych. Warto ich odkrywać i przypominać. Pozostają trwałym symbolem odwagi, wewnętrznej siły i rozterek, w których mimo wszystko na pierwszym miejscu pojawia się Polska. Wanda i Milada były przedstawicielkami pokolenia, które powoli odchodzi. Wciąż jednak możemy się od nich uczyć, niezależnie od dat i kalendarzy. Przedstawione w książce kobiety widziały i przeżyły naprawdę wiele, doświadczyły niejednego koszmaru i miały prawo zwątpić w sens wszystkiego, a jednak nie utraciły jednego: miłości do muzyki, której symbolem stały się tytułowe instrumenty. Miały w sobie pasję i wiedzę, a zarazem potrzebę przekazania ich innym.

Tak sobie myślę, że zupełnie nieprzypadkowo słowo „odwaga” jest rodzaju żeńskiego. Kryje w sobie coś, co przywodzi na myśl kobiecą siłę i tajemnicę. Można odnaleźć w nim znacznie więcej znaczeń, niż podają nawet najlepsze słowniki. Życie obu bohaterek stanowi tego wymowną lekcję. Z pełnym przekonaniem polecam opowieść o Milczących fortepianach.

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja