"Ambasador" - recenzja
„Ambasador”
| Recenzja
Co
może łączyć, najprawdopodobniej, zdradzanego męża z zamachem majowym? Jaki
związek ma potencjalnie niewierna małżonka z fałszywym hiszpańskim ambasadorem,
który niespodziewanie pojawia się nad Wisłą? I jaką rolę odegrają w tej historii
dwaj policjanci oraz prywatny detektyw działający niezupełnie wedle litery
prawa? Odpowiedź na wszystkie te pytania zna jedna zabłąkana kula, która
trafia porucznika Walentego Klimka. Dalej splatają się wydarzenia sprzed stu
lat, częściowo zakorzenione w historycznej rzeczywistości oraz bujna wyobraźnia
Autora. Efekt okazuje się naprawdę udany. Czy mamy tu do czynienia z
kryminałem, sensacją, czy może z nowatorską powieścią historyczną, czytelnik
oceni już sam.
Niezależnie
od późniejszych ocen historyków przewrót majowy był wydarzeniem dość zaskakującym,
przede wszystkim dla żołnierzy, którzy musieli wybierać między wiernością
konstytucyjnym władzom a sympatią do „Dziadka”. Właśnie ten dramat wyboru pełni
w książce rolę jednego z głównych motorów opowieści. Do gabinetu
eleganckiego mężczyzny parającego się zawodem prywatnego śledczego przychodzi
oficer i prosi, by ten śledził jego żonę, którą podejrzewa o niewierność.
Z pozoru prosta sprawa szybko komplikuje się do niebotycznych rozmiarów,
ponieważ żołnierz staje się prawdopodobnie pierwszą ofiarą działań
zbrojnych na ulicach Warszawy, a Wanda zostaje porwana, po czym ktoś usiłuje
wywieźć ją za granicę. Wydarzenia majowe okazują się idealnym tłem dla ciemnych
interesów i szemranych zdarzeń, zwłaszcza że policja nie działała wtedy w
normalnym trybie.
Wbrew
pozorom w tych dniach ludzie nie rezygnowali z rozrywki. Jednym z działających
wówczas lokali był słynny „Czarny Kot”, prowadzony przez Szpicbródkę. To
właśnie ten kabaret, obok warszawskich ulic oraz „kancelarii” Stanisława
Steina, staje się jedną z głównych aren wydarzeń, których jest tu naprawdę
sporo. Każdy z bohaterów ma do odegrania własną rolę i każdy okazuje się
potrzebny, żeby cała opowieść mogła wybrzmieć w pełni. Mogę jednak
zagwarantować, że finał tej historii przynosi jeden z najbardziej zaskakujących
zwrotów akcji, z jakimi zetknąłem się w ostatnim czasie. W tym ciągu
zdarzeń, następujących po sobie z prędkością karabinowych salw, gdzieś na
dalszy plan schodzi istota przewrotu majowego. Uwaga skupia się na konkretnych
postaciach, a mniej na szerszej sytuacji historycznej. To rozwiązanie ma swoje
zalety, choć według mnie pozostawia także pewien niedosyt. Zabrakło mocniejszego
wydobycia tego, co w tym wszystkim najważniejsze: dramatu i wewnętrznego
dylematu obu stron.
Jednym z najmocniejszych elementów książki są bardzo dobrze skonstruowane postacie. Wanda Klimek, a więc ta, od której wszystko się zaczyna, przypomina mi nieco Barbarę Niechcic. Podobnie jak ona żyje w sferze marzeń, nie doceniając tego, co ma i rozmijając się z tym, co zwykło się nazywać prawdziwym życiem. Jej małżonek, ze względu na noszony mundur, nie mógł ignorować sygnałów, które dostrzegał ani informacji, jakie do niego docierały. W sferze małżeńskiej panowały wówczas zupełnie inne obyczaje niż współcześnie. Okaże się jednak, że to on miał więcej „za uszami” niż Wanda, która po prostu szukała szczęścia. Może gdyby nie przewrót, ich życie potoczyłoby się inaczej, ale historia rządzi się swoimi prawami.
Kluczowe
okazuje się jednak rozwikłanie zagadki słynnego programu wsparcia ubogich
dziewcząt, któremu patronuje podobno sama królowa Hiszpanii, Wiktoria Eugenia,
a za który odpowiada niejaki Lopez wraz ze swoim sekretarzem. Pod
pozorem lepszego życia i nabycia towarzyskiej ogłady kobiety stają się ofiarami
bezwzględnych sutenerów, planujących wywieźć swój narybek do domów publicznych w
Europie Zachodniej i poza nią. Na trop szajki wpadają dwaj komisarze, dotąd
wyraźnie nieprzepadający za sobą. Choć wcześniej zlekceważyli pewne sygnały,
później stają na wysokości zadania i ratują sytuację.
Choć
wątki są ciekawe, dobrze dobrane i sprawnie łączą się ze sobą, prowadząc
czytelnika ku ostatecznemu rozstrzygnięciu, mam wrażenie, że książka miejscami
biegnie zbyt szybko. Krótkie rozdziały oraz współczesny język z pewnością
ułatwiają lekturę, jednak mnogość zdarzeń może momentami przytłaczać. Dlatego
widzę tu dwa możliwe sposoby czytania: albo pochłonąć całość za jednym lub
dwoma podejściami, dając się porwać tempu akcji, albo dawkować ją w mniejszych
partiach, aby lepiej uporządkować wszystkie tropy. Mimo tego Ambasador
to bez wątpienia książka ciekawa, wciągająca i pod pewnymi względami nietypowa.
Niełatwo przecież sfabularyzować doświadczenie „wojny domowej”, dodać do niego
element licentia poetica i zarazem utrzymać uwagę odbiorcy. Tu się to udaje, a
jedno mogę zagwarantować, że nudy w tej książce nie znajdziecie.
Książka
Krzysztofa Beśki dobitnie uświadamia, że nic w życiu nie jest oczywiste, a
pierwsze wrażenie często prowadzi na manowce. Okazuje się, że honor, dla tych,
którzy powinni cenić go najwyżej, bywa pojęciem zaskakująco pustym, podczas
gdy ci, po których trudno byłoby się go spodziewać, potrafią zachować go w
nadmiarze. Kilka majowych dni wystarcza, aby ujawniły się charaktery, wartości
i słabości ludzi postawionych wobec sytuacji wymagającej stanowczości oraz
wyboru własnej drogi postępowania. Pytanie o to, kto naprawdę jest
przyjacielem, a kto wrogiem, może w takich okolicznościach przynieść wyjątkowo gorzką
odpowiedź. Zbyt duży kredyt zaufania potrafi kosztować wiele, zwłaszcza że
człowiek pozostaje istotą skomplikowaną i niejednoznaczną.

Komentarze
Prześlij komentarz