"1926. Zamach, którego miało nie być" - recenzja


 

                      „1926. Zamach, którego miało nie być” | Recenzja

Dzieje zwykle porządkujemy według epok. Ich granice wyznaczają umowne daty, ale na tyle znaczące, że skupiają wokół siebie pamięć i historyczne interpretacje. W dziejach naszego kraju również można wskazać takie cezury. Jedną z nich jest rok 1918, a kolejną 1926. Dlaczego? Zamach majowy podzielił losy odrodzonej Polski na dwa okresy: rządów parlamentarnych i sanacji. Oba systemy miały swoje wady, oba też obfitowały w pozytywne akcenty. Przewrót, o którym mowa, zmienił sposób postrzegania państwa. A odwieczne pytanie o to, kto miał rację, do dziś rozgrzewa dyskutujących.

Przy wyborze książki wiele zależy od autora. Niektóre nazwiska same w sobie zapowiadają odpowiedni poziom merytoryczny, choć oczywiście warto sięgać także po tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z pisarstwem. Recenzowaną pozycję przygotował prof. Andrzej Chwalba, wybitny znawca historii XIX i XX wieku, którego miałem nieukrywaną przyjemność poznać osobiście. W tym roku mija dokładnie sto lat od tamtych majowych dni, dlatego z niecierpliwością czekałem na możliwość zanurzenia się w to, co Autor chciał przekazać. Potraktowałem tę lekturę bardzo osobiście, ponieważ, jak pewnie już się domyśliliście, jeden z bohaterów tego bratobójczego sporu o imponderabilia jest mi szczególnie bliski. Tym większa była moja radość, że książka, mimo złożoności tematu, okazała się bardzo przystępna, zarówno językowo, jak i merytorycznie. Właściwie można ją uznać za rodzaj narracji historycznej, eseju, szkicu, a wreszcie szeroko zakrojonej opowieści. Nie znajdziemy tu przypisów, co sprzyja szybszej lekturze i pozwala skupić się na samej treści.

Złamię nieco konwencję recenzji, pisząc, że profesor ostatecznie nie daje gotowej odpowiedzi na pytanie, kto zawinił, kto powinien ustąpić ani czyje racje były bardziej uzasadnione. To, co wydarzyło się w Warszawie przed wiekiem, przedstawia przede wszystkim przez pryzmat wybranych postaci. Naturalnie zaczyna od Józefa Piłsudskiego oraz Stanisława Wojciechowskiego, zarysowując ich poglądy głównie na kwestię armii, a szerzej także na sprawy wojskowe. W tle pojawiają się napięcia związane z udziałem generałów w bitwie warszawskiej oraz ich wcześniejszą służbą w armii carskiej lub cesarskiej. Do tego dochodziły rozdrobnienie parlamentu i częste zmiany gabinetów. Komendant uważał, że siły zbrojne powinny pozostawać poza bieżącą polityką. Najistotniejszy okazał się jednak autorytet. Przy całym szacunku do prezydenta jako osoby sprawującej najwyższy urząd w państwie, Marszałek z różnych względów miał go w społeczeństwie znacznie więcej.

Profesor Chwalba bardzo przytomnie nie opowiada się po żadnej ze stron. Pokazuje ich argumentację, mocne i słabe punkty, a także racje, które warto potraktować poważnie, oraz te, które brzmią raczej jak demagogia. Skutecznie rozprawia się przy tym z mitami narosłymi przez lata wokół przewrotu, choćby z przekonaniem, że został on starannie i z wyprzedzeniem przygotowany. Uważam, że ta książka tonuje emocje i daje podstawy do spokojnej, rzeczowej dyskusji. Pokazuje też, że przez ponad trzysta stron można trzymać się tematu przewodniego, prowadząc narrację klarownie i zrozumiale także dla czytelników, którzy nie zajmują się historią zawodowo. W gruncie rzeczy wydarzenia majowe były wielkim dramatem, przede wszystkim dla tych, którzy musieli stanąć z karabinem przeciwko kolegom w tym samym mundurze, noszącym takiego samego orzełka na rogatywce.

Autor przedstawia, z reporterskim zacięciem, walki w mieście, zaczynając od chwil poprzedzających pamiętną rozmowę na moście Poniatowskiego. Następnie, niemal klatka po klatce, prowadzi nas przez warszawskie ulice, do jednostek wojskowych, sztabów i najważniejszych budynków stolicy. Każdy strzał, każdy warkot silnika i każdy rozkaz rozgrywają się na naszych oczach. Niemal słyszymy je w uszach. Oczyma wyobraźni widzimy Marszałka w rozpiętym, szarym mundurze i prezydenta w ciemnym garniturze. Autor pozwala równie mocno wybrzmieć obu walczącym stronom. Sprawnie operuje słowem pisanym, zostawiając czytelnikowi wiele miejsca na własne przemyślenia. Szkoda tylko, że nie zdecydował się choćby na kilka ilustracji.

Zamach, którego miało nie być to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy znaleźli się w sytuacji bez dobrego wyjścia. Wielu z nich zmagało się ze sobą, ważąc obowiązek wobec legalnych władz i poryw serca, który kazał im stać przy Komendancie. Największy moralny ciężar, co oczywiste, spadł na żołnierzy wywodzących się z legendarnej I Brygady Legionów. Przewrót wiele zmienił także w relacjach międzyludzkich. Wielu więzi nie udało się już odbudować. Pozostała po nich przepaść nie do zasypania. Jedni i drudzy kochali ojczyznę, jedni i drudzy chcieli dla niej jak najlepiej. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, ponieważ zamach stanu nie miał ani prawdziwych zwycięzców, ani jednoznacznie pokonanych. Przegrało państwo.

Maj 1926 roku już na zawsze pozostanie inny niż wszystkie: pełen niedopowiedzeń i sprzeczności. I właśnie to bywa w historii najciekawsze, bo pozwala po latach spojrzeć na dzieje z większym dystansem. Dobrze, że taka książka powstała. Gorąco zachęcam do lektury!

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja