"Wcielone zło" - recenzja

 

                                        „Wcielone zło” | Recenzja

Podobno każdy człowiek zasługuje na drugą szansę. Tak mówi teoria, choć życie często ją weryfikuje. Wielu z nas wierzy, że są czyny, których nie sposób wybaczyć. A jak patrzymy na tych, którzy opuszczają mury zakładu karnego po odbyciu kary? Czy naprawdę wierzymy w resocjalizację? Pewna doza nieufności wydaje się naturalna i trudno ją potępić. Warto jednak pamiętać, że ludzie trafiają tam z różnych powodów. Jednych więzienie zmienia, innych pozostawia takimi, jakimi byli, a jeszcze innych czyni gorszymi. Trudno zamknąć ich w jednym schemacie. Tak jak w historii Marcina i Samuela z książki Karola Husaka. Życie ich nie oszczędzało, a i charaktery mieli skrajnie odmienne. Co z tego wyniknie?

Każdy osadzony marzy o dniu, w którym zakończy odbywanie kary, o ile nie jest to wyrok dożywotni. Wyobraża sobie ten moment i zastanawia się, co zrobi tuż po przekroczeniu naszpikowanej elektroniką bramy. W praktyce okazuje się, że jest znacznie trudniej. Przyjaciele i rodzina często pozostają nieufni albo odwracają od takiej osoby, znalezienie pracy graniczy z cudem, a mało kto chce dać szansę komuś, kogo postrzega się wyłącznie jako byłego więźnia. Do tego dochodzi świat, który zdążył się zmienić. Technologia, z którą kilka lat wcześniej wchodziło się na salę rozpraw, jest już często przestarzała, więc trzeba na nowo odnaleźć się w codzienności, zaczynając choćby od obsługi telefonu i podstawowych narzędzi. Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, gdy po wyjściu nie widać żadnych perspektyw i pojawia się pokusa powrotu, bo więzienna rzeczywistość zdążyła stać się czymś oswojonym. Marcin chce jednak odzyskać siebie, czuje, że tamten człowiek jest już poza nim i próbuje na nowo wziąć życie w swoje ręce. Marcin chce jednak odzyskać siebie, czuje, że tamten człowiek jest już poza nim i próbuje na nowo wziąć życie w swoje ręce. W tej drodze pomaga mu Samuel, człowiek, którego kiedyś pobił. To relacja jednocześnie poruszająca i nietypowa. Bohater zbyt późno jednak dostrzega, dokąd ona prowadzi.

Gdy sytuacja zaczyna się stopniowo stabilizować, a Marcin i Samuel podejmują wspólne treningi biegowe, traktując je jako sposób na wyjście z bezruchu i uniknięcie apatii, główny bohater zaczyna odnosić pierwsze sukcesy w tej dyscyplinie. W tym samym czasie w mieście dochodzi do serii pobić. Nietrudno przewidzieć, kto niemal natychmiast zostaje głównym podejrzanym, niezależnie od okoliczności. Były więzień ma jednak alibi, które na pewien czas chroni go przed konsekwencjami. Wraz z rozwojem śledztwa i rosnącą liczbą ofiar zaczyna jednak dostrzegać zależności, które wcześniej umykały jego uwadze. Ostatecznie dociera do prawdy, która okazuje się znacznie bardziej złożona, niż mógł przypuszczać. Wszystko zostało bowiem zaplanowane z myślą o zupełnie innych celach, a on sam okazał się w tym układzie niezbędnym elementem. Po raz kolejny potwierdza się, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

Istotniejsza od samych czynów zabronionych okazuje się motywacja, która za nimi stoi. Na pierwszy rzut oka może ona sprawiać wrażenie częściowo usprawiedliwionej, jednak po głębszej refleksji jawi się jako krzywdząca, błędna i oparta na wątpliwych założeniach. Sprawca jest przekonany, że społeczeństwo zatraciło indywidualizm, uległo konformizmowi i przestało zastanawiać się nad konsekwencjami własnych działań. W jego ocenie większość podąża za tłumem, oddając odpowiedzialność za własne życie w ręce wąskiej grupy sprawującej władzę. Postrzega siebie jako kogoś, kto od początku musiał zmagać się z przeciwnościami, wielokrotnie doświadczał niesprawiedliwości i był zmuszony walczyć o wszystko samodzielnie. To poczucie narastającej krzywdy staje się dla niego uzasadnieniem podejmowanych działań. Ma świadomość ich naganności, a mimo to znajduje dla nich własne wytłumaczenie. Wszystko zaczyna się od unikania służby wojskowej, a kończy konsekwencjami, których pełny wymiar ujawnia się dopiero wraz z rozwojem wydarzeń.

W powieści można dostrzec zakamuflowane odwołania do trwającego od ponad czterech lat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Wskazują na to między innymi wschodnio brzmiące imiona bohaterów, a przede wszystkim motyw lęku przed wcieleniem do armii. W polskich realiach, od czasu wprowadzenia armii zawodowej, obawa ta w zasadzie nie funkcjonuje, a kwalifikacja wojskowa ma charakter formalny. Osobom dysponującym odpowiednimi predyspozycjami nie ogranicza się możliwości wstąpienia do wojska, jednak nie jest to już obowiązek obwarowany sankcjami. Uważna lektura tej krótkiej fabuły pozwala dostrzec, w jaki sposób przeszłość, sięgająca dzieciństwa, wpływa na kolejne decyzje, wybory i sposób postrzegania świata. Trudno nie zauważyć, że nie każdy otrzymuje równe warunki rozwoju. Drugie dno Wcielonego zła dotyka fundamentalnych kwestii.

W książce Karola Husaka wybrzmiewa wołanie o pomoc, która nie nadeszła, a losy Marcina, Samuela i Soni mają wymiar metaforyczny. Wielu podobnych im ludzi żyje tuż obok, zamkniętych w czterech ścianach własnych lęków, niespełnionych planów i obaw przed samodzielnym życiem w całej jego złożoności. W ich świadomości kłębią się myśli, których z różnych powodów nie ujawniają, a moment, w którym można byłoby jeszcze sobie pomóc, często przychodzi za późno.

Wcielone zło to książka, obok której można przejść obojętnie, jednak taka postawa mówi więcej o nas samych niż o niej. Być może to rzeczywistość, wraz ze wszystkim, co nas otacza, budzi wątpliwości co do własnego porządku. Być może dobrobyt, w którym funkcjonujemy, osłabił instynkt, który cechował wcześniejsze pokolenia. Opisane w powieści fikcyjne zbrodnie stają się wyrazem poszukiwania sensu w realiach XXI wieku.

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja