"Najder. Wywrotowiec" - recenzja

                     Zdzisław Najder, „Wywrotowiec” | Recenzja

Należę do pokolenia, które o życiu w czasach PRL-u wie jedynie z opowieści rodziców i dziadków oraz z podręczników. To był osobliwy okres, formalnie powojenny i pozornie spokojny, a jednak dotkliwie ograniczający wolność. O każdą swobodę trzeba było zabiegać i uparcie się o nią dopominać, choć w krajach pozostających poza „żelazną kurtyną” była elementarną normą życia publicznego i nie wymagała nadzwyczajnej odwagi. Pozostawało zasadnicze pytanie, jak o nią walczyć. Rozwiązań nie brakowało, choć ich efekty okazywały się skrajnie odmienne. Zdzisław Najder wybrał drogę rozumu, wiedzy i wewnętrznej dyscypliny. Zapłacił za to wysoką cenę, ale przydomek „Wywrotowiec” dowodzi, że na trwałe zapisał się w historii zmagań o prawa obywatelskie.

Zrozumienie problematyki komunizmu w naszym kraju zajęło mi wiele lat. Dużą rolę odegrali w tym moi wykładowcy z czasów studiów, którzy nie potraktowali tego zagadnienia zdawkowo. Widząc, że sprawia trudność, cierpliwie analizowali je krok po kroku, porządkując fakty według logiki przyczyny i skutku. To przyniosło efekt. Nie twierdzę, że pojąłem wszystko, jednak zyskałem ogląd obejmujący zdecydowaną większość kwestii. Z drugiej strony powraca pytanie, jak potoczyłyby się losy Polski, gdyby postanowienia jałtańskie okazały się dla niej korzystniejsze. Jednego jestem pewien: przedwojenna Polska miała szczęście do pokolenia, które kochało ją od urodzenia w sposób prosty i naturalny, a zarazem odpowiedzialny, i gdy jej niepodległość znalazła się w niebezpieczeństwie, potrafiło właściwie zareagować.

Nie wspominam o tym przypadkiem. Zdzisław Najder przyszedł na świat w Warszawie w 1930 r. Ówczesna stolica, nazywana Paryżem Północy, była miastem eleganckich kamienic, intensywnego życia kulturalnego i atmosfery swobody, uznawanej za oczywisty element codzienności.  14 lat później wszystko obróciło się w gruzy powstania. Z tamtej Warszawy nie zostało właściwie nic. To bolesne doświadczenie pozostawiło w nim trwały ślad. Wiedział jednak, jak wielkie znaczenie ma wykształcenie i że właśnie ono daje szansę na realne osiągnięcia. Wybrał literaturę i nie żałował tej decyzji. Realizował się w swojej pracy, wierny przekonaniu, że jeśli kocha się to, co się robi, praca przestaje być ciężarem. Chciał też wnieść coś od siebie dla kraju, choć w realiach powojennego państwa okazywało się to zadaniem wyjątkowo trudnym.

Przygotowana biografia wieloletniego dyrektora Wolnej Europy to obszerna, wielowątkowa publikacja. Autor nie prowadzi narracji w sposób jednostajny ani zawężony do jednego tematu, choć konsekwentnie trzyma się głównej osi opowieści. Postać Zdzisława Najdera poznajemy więc nie tylko przez pryzmat Zbigniewa Gluzy. Najder przemawia również własnym głosem. Ten zabieg pozwala zachować podwójną perspektywę i wyrobić sobie opinię. Książka zawiera liczne wycinki prasowe, listy, wspomnienia oraz osobiste notatki, które w istotny sposób pogłębiają narrację, nadając jej wymiar żywego świadectwa. To właśnie na takich materiałach historycy, tacy jak ja, opierają swoje największe oczekiwania.

Zdzisław Najder jawi się jako postać niejednoznaczna, a zarazem skromna. Silny charakter łączył z umiejętnością rozumienia innych, był empatyczny, ale też wymagający, oczekując pełnego zaangażowania w sprawach, które powierzał. Cieszył się autorytetem, który nie wynikał wyłącznie z dorobku czy zajmowanej pozycji, a przede wszystkim z tego, kim był i jak traktował ludzi. Unikał efekciarstwa. Powtarzał za Wergiliuszem, że rozum znaczy więcej niż siła. Ta postawa go nie zawiodła, choć jak każdy doświadczał chwil zwątpienia w siebie i w sens własnych działań. Naturalność jego życiorysu, połączona z wyrazistością charakteru, stanowi o sile tej biografii i o potrzebie jej obecności na księgarskich półkach. Postać Najdera bez wątpienia zasługuje na upamiętnienie.

Pod względem edytorskim publikacja ma charakter rozbudowanej antologii i może onieśmielać swoimi rozmiarami. Gdy jednak czytelnik wniknie w opowieść, którą Autor prowadzi przez ten życiorys, obszerność przestaje przytłaczać, a zaczyna wydawać się uzasadniona. Mowa o postaci szczególnie zasłużonej dla Polski, dziś nieco zakurzonej. Tym bardziej zaskakuje, że ktoś takiego formatu bywa pomijany w zbiorowej pamięci. Z mojego punktu widzenia to niesprawiedliwe. Sam przyznawał, że nie miał „siły przebicia”, jednak jego dokonania zasługują na uznanie. Biografia „Wywrotowca” pełni właśnie taką rolę.

Spośród wszystkich obszarów działalności Zdzisława Najdera najbardziej zainteresowały mnie jego praca akademicka oraz aktywność związana z funkcjonowaniem RWE. Na marginesie warto dodać, że obie zostały przedstawione z dużą starannością. Nie sposób ich pominąć, ponieważ stanowią integralną część opowieści, a jednocześnie mogłyby tworzyć samodzielne wątki. Szkoda, że Autor nie zdecydował się na dołączenie choć kilku fotografii. Można odczuć niedosyt z powodu braku choćby kilku fotografii, które dopełniłyby narrację. Ich nieobecność w pewnym stopniu równoważy jednak sugestywna, przykuwająca wzrok okładka.

Ośrodek KARTA wykonał rzetelną pracę, przygotowując tę publikację. Warto sięgać po to, co dotąd pozostawało mniej znane. Historia coraz częściej stwarza taką możliwość, warto więc z niej korzystać. Postaci takich jak Najder nie ma zbyt wiele, należy on do grona tych wyjątkowych.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja