"Lwowska opowieść. Zapach bajgli z makiem" - recenzja


 

                                „Zapach bajgli z makiem” | Recenzja 

Zakończenie wojny i bezwarunkowa kapitulacja nazistowskich Niemiec przyniosły Europie i światu upragniony oddech oraz możliwość uporządkowania powojennej rzeczywistości, po raz drugi w ciągu zaledwie ćwierćwiecza. Choć zmiany nie miały tak przełomowego charakteru, jak po upadku trzech imperiów, ich konsekwencje okazały się głębokie zarówno dla Polski, jak i dla państw pokonanych. Mapa Europy po 1945 roku różniła się zasadniczo od tej sprzed wojny, a miliony ludzi musiały na nowo odnaleźć się w zmienionym świecie, często wbrew własnej woli. O kierunku tych przemian nie decydowali zwykli obywatele, tylko przywódcy tzw. Wielkiej Trójki, przekonani o słuszności własnych decyzji. Nietrudno zauważyć, że to właśnie Stalin wyszedł z tych ustaleń jako największy zwycięzca, osiągając wszystko, czego oczekiwał.

Pamiętają Państwo, gdzie toczy się akcja powieści o Rebece i jej najbliższych? Oczywiście, we Lwowie. Bohaterowie doświadczają tragedii Holokaustu, ale nie to okazuje się dla nich najtrudniejsze. Największym bólem jest utrata miasta, które kochali, w którym spędzili niemal całe życie i zostawili swoje serca i wspomnienia. Lwów znalazł się poza granicami Polski, a oni, pozbawieni prawa do powrotu, muszą opuścić ukochane miejsce na zawsze. Nietrudno wyobrazić sobie jak wielki to ciężar. Nie tylko dlatego, że trzeba zaczynać życie od nowa, ale przede wszystkim dlatego, że zostawia się za sobą wszystko, co naprawdę ważne: wspomnienia, ludzi, ulice, do których wzdycha się każdego wieczoru przed snem. Nie bez powodu mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Kraków jest piękny, ale to już nie to samo. Rozmawiałem kiedyś z ludźmi pochodzącymi z Kresów. W ich wspomnieniach zawsze powracał ten sam motyw – tęsknota za miejscem, które zostało tam, po drugiej stronie granicy, i do którego nie da się już wrócić. To ciężar, który niesie się przez całe życie.

Co więcej, Polska, do której przyjechali, była już zupełnie innym krajem niż ta, w której dorastali. Nad Wisłą rządzili komuniści, bezwzględnie zwalczający swoich przeciwników. Podziemie niepodległościowe próbowało powstrzymać kraj przed całkowitym wpadnięciem w sowiecką strefę wpływów, ale jego możliwości były coraz mniejsze. Było rozbijane prowokacjami, donosami i brutalnymi akcjami UB oraz KBW. Nikt nie mógł być pewny swojej przyszłości. Każdy był podejrzany. Nie wiadomo, kto był złym, a kto uczciwym człowiekiem. Ojczyzna dopiero podnosiła się z sześciu lat wojennej tragedii. Wszędzie panowały bieda i chaos. Brakowało wszystkiego, ale wciąż tliła się nadzieja na lepsze jutro. Pytanie tylko, jak długo można żyć złudzeniami. Najważniejsze jednak, że udało się przetrwać.

Książka w istocie stanowi fabularną refleksję nad odwiecznym pytaniem: lepiej być czy mieć? Trudno jednak prowadzić taką dyskusję w tak skrajnej sytuacji, gdy wszystko sprowadza się do walki o przetrwanie. Rebeka wkrótce ma urodzić dziecko, które cudem ocalało z wojennej pożogi. Może więc trzeba po prostu cieszyć się tym, co się ma, i odłożyć marzenia na czas, który będzie bardziej przychylny? Tylko czy taki czas w ogóle nadejdzie? Nic na to nie wskazuje.

Po rozważeniu wszystkich argumentów oraz zorientowaniu się w sytuacji i jej konsekwencjach, główna bohaterka wraz z najbliższymi postanawia opuścić kraj, dopóki granice nie zostały całkowicie zamknięte. Autorka znakomicie oddaje ich nastroje. Podjęcie takiej decyzji należy do łatwych. Nawet jeśli uda się bezpiecznie dotrzeć do celu, wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa, a przecież nie wiadomo, skąd wziąć na to środki. Katarzyna Majewska-Ziemba robi wszystko, aby oddać dramatyzm tego dylematu. W tej historii nie ma wygranych. Każdy ponosi jakąś cenę: fizyczną, moralną, psychiczną czy emocjonalną. Pisarka pokazuje, że dążenie do wyższego dobra często wymaga największych poświęceń. Starannie przygotowany plan wyjazdu napotyka jednak na nieoczekiwane przeszkody i wszystko zaczyna się komplikować. To, co miało być rozwiązaniem, staje się źródłem nowych problemów, których skutki sięgają daleko poza chwilę decyzji. Czy wszystko skończy się szczęśliwie i czy Michał wreszcie będzie mógł zaopiekować się Rebeką oraz ich dzieckiem? Dowiedzą się Państwo sami po pasjonującej lekturze.

Zapach bajgli z makiem to tytuł niezwykle apetyczny, a przy tym wyjątkowo sugestywny – chyba najbardziej ze wszystkich. Trudno o coś, co bardziej kojarzyłoby się z Krakowem. Dla rozluźnienia dodam, że sam najbardziej lubię bajgle z solą. Ten trzeci, ostatni tom uważam za najbardziej emocjonalny z całej serii. Nie mogłem się od niego oderwać. Czytając, zadawałem sobie wiele pytań i rozważałem różne scenariusze. Niejednokrotnie zastanawiałem się, czy czas tuż po wojnie nie był po prostu kolejnym rozdziałem wojennego koszmaru – w wielu aspektach do niego podobnym. Spokój okazał się pozorny, a normalność jedynie namiastką. Większość społeczeństwa nie ufała nowemu porządkowi, przywiezionemu ze wschodu i wprowadzonego siłą. Pragnęli prawdziwej wolności, a nie jej złudzenia, ale na to było już za późno.

Warto się zastanowić, dlaczego właśnie ten okres naszych dziejów, w przeciwieństwie do epoki piramid czy starożytnego Rzymu, jest w nauczaniu i opowieściach historycznych traktowany tak pobieżnie. A przecież to fragment historii równie ważny i pełen dramatów. Ta książka może być doskonałym początkiem do poważniejszej rozmowy na ten temat.

Uważam, że, podobnie jak w poprzednich częściach, również w ostatnim tomie losy Rebeki i jej rodziny skupiają w sobie, niczym w soczewce, całą złożoność naszej historii. Starannie skonstruowana fabuła doskonale współgra z realiami tamtych czasów. Polska miała to nieszczęście, że częściej doświadczała cierpienia niż rozkwitu. Młoda Żydówka wraz z bliskimi otrzymuje szansę na nowe życie i za wszelką cenę nie chce jej zmarnować.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja