"W pamięci ułana" - recenzja

 

                                    „W pamięci ułana” | Recenzja

Polska armia systematycznie się unowocześnia, a choć na politykę można narzekać bez końca, to akurat w kwestiach obronności panuje dziś dość powszechny konsensus. Zwłaszcza teraz widać wyraźnie, że bez sprawnego wojska, zdolnego do działania i operowania w najnowocześniejszych warunkach, nie mamy żadnych szans w starciu z rosyjskim ani jakimkolwiek innym imperializmem. Jest jednak coś, co wciąż każe nam spoglądać wstecz. Być może właśnie stąd bierze się rosnąca popularność grup rekonstrukcyjnych oraz poszukiwaczy pamiątek z przeszłości. Ułani są i pozostaną, jednym z tych symboli, które niezależnie od epoki wywołują westchnienie i błysk w oku kolejnych pokoleń. W końcu, jeśli kochać, to tylko ułana.

15 sierpnia tego roku uczestniczyłem w uroczystościach Święta Wojska Polskiego, zarówno pod Grobem Nieznanego Żołnierza, jak i podczas defilady. Oba wydarzenia uczyniły ten dzień wyjątkowym, zwłaszcza że stałem bardzo blisko głównej areny całego spektaklu. Muszę przyznać, że na żadną formację nie czekałem z takim zniecierpliwieniem jak na szwadron ułanów w asyście orkiestry wojskowej. Kiedy muzycy zagrali, a w rytm dźwięków rozległ się stukot końskich kopyt i zafalowały proporczyki, miałem wrażenie, że przeniosłem się w inne czasy. Choć wciąż stałem na warszawskiej Wisłostradzie, myślami byłem już zupełnie gdzie indziej. Czołgi, Rosomaki, amfibie, Black Hawki i F-16 na chwilę przestały istnieć. Historia zatoczyła koło, a kawalerzyści otrzymali najgłośniejsze brawa od publiczności. Nie było w tym nic dziwnego, w pełni na to zasłużyli. Choć stanowili jedynie żywe wspomnienie dawnej świetności, potrafili zrobić coś znacznie ważniejszego, bo odczarowali nam prawdziwą radość z naszej historii. To warto docenić.

Starożytni Rzymianie mawiali tempus fugit – czas ucieka. Trudno się z tym nie zgodzić. Nie dało się go zatrzymać również w kolejnych pokoleniach rodziny Tęczyńskich. Najstarsze, siłą rzeczy, musiało odejść z tego świata. Życie Ignacego, Agaty, Michała i Janka nie mogło trwać wiecznie, choć po dramacie wojny każdy z nich odnalazł bezpieczną przystań w ramionach kochającej rodziny. Z każdym z nich odchodziła cząstka tego, co najważniejsze, najcenniejsze, najprostsze i zarazem najbardziej oddane. Muszę przyznać, że scena śmierci Michała wywarła na mnie ogromne wrażenie. Czytałem ją kilkakrotnie, za każdym razem z takim samym, głębokim poruszeniem. To właśnie w tym fragmencie Autorka pokazała, o co w całej serii naprawdę chodziło. Bogactwo symboli, które w nim zawarła, sprawia, że bez przesady można zestawić tę scenę ze śmiercią Macieja Boryny. Oboje w ostatnich chwilach znaleźli się przy tym, co kochali najbardziej. Ich miejsce zajęli młodsi, ci, którzy od nich uczyli się cenić życie i kochać się nawzajem. Dla wszystkich członków tej rodziny wartością nadrzędną zawsze była bliskość i wzajemna troska. Pałeczkę przejęło najmłodsze pokolenie: Klara, Paweł, ich dzieci i liczne kuzynostwo.

W pamięci ułana w ostatniej części stało się w istocie podróżą sentymentalną do utraconego świata, który już nigdy nie powróci, bo zmieniły się czasy i realia. Z powieści o wyraźnie historycznym charakterze przekształciło się w książkę obyczajową. Mimo to nie utraciło nic ze swojej powagi i dostojeństwa, umiejętnie łącząc autentyczną refleksję nad przeszłością z subtelnym humorem, pełnym aluzji i żartów sytuacyjnych. To opowieść, w której to, co minione, przenika się z tym, co dopiero ma nadejść. Dlaczego? Ponieważ akcja rozpoczyna się w roku 1992, tuż po transformacji ustrojowej, a kończy zaledwie cztery lata temu. Obejmując w trzech tomach osiemdziesiąt siedem lat historii, a z uwzględnieniem retrospekcji, ponad cały wiek, tworzy szeroką panoramę czasu, w którym przeszłość i teraźniejszość spotykają się w jednym punkcie.

Pani Magdalenie Stykale udało się sprawić, że także trzeci tom pozostaje niezwykle ważny i wciągający, a czytelnik nie ma ochoty niczego przyspieszać. W mojej opinii pod względem emocjonalnym plasuje się tuż za W sercu ułana, ale, podobnie jak poprzednie części, ma w sobie tę samą iskrę. Tęczyńskich z Winnicy z pewnością nie sposób zapomnieć. To książka inna niż wszystkie, prawdziwa kronika naszych dziejów. Wiele rodzin przeżywało podobne losy, choć może mniej spektakularne. To także hołd oddany żołnierskiemu mundurowi, poczuciu patriotycznego obowiązku i wszystkim tym, którzy w obronie ojczyzny złożyli największą ofiarę – własne życie. Moim zdaniem to powieść-pomnik.

Kończąc książkę, Autorka wyraziła nadzieję, że Ułańska saga okaże się dla czytelników piękną podróżą. Zapewniam Panią, że dla mnie tak właśnie było. Jestem pełen podziwu dla ogromu włożonej pracy. Nawet jeśli główne założenia fabuły zostały oparte na autentycznych dziejach 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich i bitwie pod Bukowcem z 3 września 1939 roku, to całą resztę należało wypełnić literacką fikcją. Na tyle wiarygodną, abyśmy w nią uwierzyli i aby potrafiła poruszyć nasze emocje. Udało się to w pełni, z nawiązką. Rzadko zdarza mi się nucić podczas lektury, ale tym razem nie mogłem wyrzucić z głowy melodii: Śpij, kolego, w ciemnym grobie, a w tym grobie niech się Polska przyśni Tobie ta sama Polska, która o każdym z Was, ułanów, wciąż pamięta.

Po cichu, po lekturze całej serii mam nadzieję na trzy rzeczy. Pierwsza to kolejna książka utrzymana w podobnym stylu, może tym razem poświęcona walkom o granice II Rzeczypospolitej. Druga to oczekiwanie, że Saga ułańska znajdzie swoje miejsce w szkolnych bibliotekach. Trzecia, być może najmniej prawdopodobna, to marzenie o ekranizacji. Z całego serca, również tego historycznego, dziękuję za tę książkę i z żalem przyjmuję, że to już koniec tej pięknej opowieści.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja