"Sonata miłości" - recenzja

 



                                       „Sonata miłości” | Recenzja

Codzienność pod zaborami była daleka od normalności. Pamięć o utraconej niepodległości przenikała kolejne pokolenia, ale najtrudniejsze okazywało się to, co spotykało ludzi na co dzień. Dwujęzyczne szyldy nad sklepami, brak swobody posługiwania się językiem ojczystym, konieczność ważenia każdego słowa i gestu, zwłaszcza w sytuacjach publicznych, tworzyły atmosferę ciągłego napięcia. Najbardziej paraliżujące pozostawało jednak przekonanie, że w każdym nowo poznanym człowieku może kryć się donosiciel. Tego właśnie doświadcza Aleksandra Orłowa w Sonacie miłości. Wielokrotnie rozczarowana postawą innych osób, zmuszona do podejmowania decyzji, które przesądzą o jej dalszych losach, wciąż musi mierzyć się z niepewnością jutra.

W tej części serii Ostrówek na Podlasiu przestaje być oazą spokoju. Do miasteczka dociera również ferment rewolucji 1905 roku, który okazał się jedynie zapowiedzią wydarzeń znacznie większej skali. Carska Rosja boleśnie odczuła jej skutki - car utracił część władzy i nigdy już nie odzyskał dawnej pozycji. Nic więc dziwnego, że wzajemna podejrzliwość, zarówno po stronie polskiej, jak i petersburskiej, osiągnęła niespotykany dotąd poziom. Pomimo tego próbowano żyć możliwie normalnie, pielęgnując tradycje i zwyczaje, które same w sobie stawały się formą cichego sprzeciwu wobec znienawidzonej administracji. Rosyjskie władze zdawały sobie sprawę, że płomień rewolucji został stłumiony, ale nie ugaszony. Zwiększone represje nie zdołały złamać ducha walki o wolność. Dlatego wszelkimi sposobami, także poprzez szantaż, starano się pozyskiwać agentów, aby przenikać to, co działo się za zamkniętymi drzwiami polskich dworów i majątków. W takiej atmosferze nic nie dawało poczucia pewności.

Córka carskiego pułkownika, która świadomie wybrała życie ziemianki, niespodziewanie znalazła się w dramatycznym położeniu. Jej ukochany Stefan nie może jeszcze powrócić do niej ani do gospodarstwa, w obawie zarówno o siebie, jak i ojej bezpieczeństwo. Tymczasem Adam, dotychczasowy zarządca majątku, znika w zagadkowych okolicznościach, pozostawiając jedynie lakoniczną wiadomość z prośbą, aby go nie szukać. Kilka dni później w dworze pojawia się jego brat, Kazimierz. Człowiek, który roztacza wokół siebie aurę skrzywdzonego, niedocenianego i zawsze zrzucającego winę na innych. Jednocześnie jest niezwykle szarmancki, przystojny i niezwykle towarzyski. Potrafi rozmawiać z chłopami, zna światowe wydarzenia, a co najważniejsze – wzbudza zainteresowanie kobiet w każdym wieku, które lgną do niego niczym ćmy do ognia. Niewielu jednak dostrzega, że to jedynie misternie utkana gra wobec Aleksandry, Stefana, Natalii, a nawet służby. Nietrudno przewidzieć, że kolejne przelotne romanse muszą w końcu doprowadzić do tragedii — niechcianej ciąży, zgorszenia i nieszczęścia jednej ze stron.

Okoliczności sprawiają, że młoda dziedziczka ponownie ulega szantażowi Igora Wołkowa, który najwyraźniej wie więcej, niż powinien. Saszeńka zachowuje wobec niego dystans, lecz ostatecznie godzi się na jego warunki, ponieważ nie ma innego wyjścia. Bal u generała-gubernatora i wizyta w operze stają się jednak punktem zwrotnym. Świat, który stworzyła w Różanym Jarze, rozpada się na kawałki, a z dawnej konstrukcji pozostają jedynie fasady. Katastrofę może dopełnić już tylko wizyta ojca w towarzystwie wyjątkowo przenikliwego carskiego śledczego. Jak w tej atmosferze ukoić skołatane nerwy i serce? Jedynym ratunkiem pozostają dźwięki fortepianu, od prostych kolęd po sonaty Chopina i Beethovena. Muzyka była dla Aleksandry alter ego, do którego uciekała zawsze wtedy, gdy czuła, że dłużej nie zdoła wytrwać w dotychczasowym życiu rozpiętym między Petersburgiem a Ostrówkiem. Czy powieść kończy się pozytywnie? Ocenicie sami. Przyznam jedynie, że w finale serce na moment wręcz mi zamarło, a kolejne wersy pochłaniałem z prędkością, jakiej zwykle nie wybacza się literaturze.

Ze zdziwieniem muszę przyznać, że podczas lektury polubiłem postać Igora Wołkowa i do pewnego stopnia zrozumiałem jego położenie. W jakimś sensie nawet mu współczuję. Jako potomek rosyjskiej arystokracji został wychowany w świecie sztywnych norm i nieustannego poczucia obowiązku, ściśle powiązanego z lojalnością wobec cara. Nie ponosi za to osobistej winy. Zdarzały się chwile, w których potrafił zachować się z godnością, odkładając na bok własne animozje i pretensje. Nie można jednak powiedzieć, że całkowicie się wybielił, bo wciąż towarzyszyły mu snobizm i poczucie wyższości. Prawdziwą „dobrą duszą” okazała się natomiast Zosia, dotkliwie skrzywdzona przez Kazimierza tylko dlatego, że obdarzyła go uczuciem. Jej los budzi szczery żal. I choć recenzentowi nie wypada uciekać się do przemocy, trudno oprzeć się wrażeniu, że brat Stefana zasłużył na solidny policzek.

Krótka ocena Sonaty miłości prowadzi do wniosku, że Magdalena Buraczewska-Świątek znakomicie operuje emocjami bohaterów i czytelników, umiejętnie doprowadzając akcję do punktu wrzenia. Tym bardziej że na kilka stron przed finałem niespodziewanie powraca Adam. Autorka potrafi utrzymać uwagę odbiorcy na każdym etapie narracji. W książce nie ma zbędnych fragmentów, ani tym bardziej nużących, wszystkie wątki stopniowo układają się w spójną całość. Pomimo dramatyzmu i wielowątkowości, opowieść pozostaje ciepła i serdeczna, a nade wszystko autentyczna. Moim zdaniem to saga idealna na kilka długich wieczorów, dająca czytelnikowi wytchnienie i radość obcowania z literaturą. Fabuła w połączeniu z atrakcyjną stroną graficzną wciąga na tyle, że niepostrzeżenie znajdujemy się u boku Aleksandry, próbując jej pomóc i zrozumieć jej świat.

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja