"Ścieżka ku ocaleniu" - recenzja
„Krakowska
kołysanka. Ścieżka ku ocaleniu” | Recenzja
Czasem jedno nieuważnie rzucone słowo potrafi uruchomić lawinę zdarzeń, których nie da się już zatrzymać. Chwilę później dopadają nas wyrzuty sumienia. Próbujemy ratować sytuację, lecz to prawie niemożliwe. Najgorzej, gdy z powodu naszego zachowania cierpią dobrzy, niewinni ludzie. Czy można odkupić winy? Być może tak, ale na wszystko potrzeba czasu. W czasie wojny płynie on raz z prędkością światła, innym razem wlecze się jak żółw. Na szali leży życie tych, których zawiedliśmy, a którzy być może nawet o niczym nie wiedzą. Ścieżka ku ocaleniu to opowieść o tym, że – jak przypominała Irena Sendlerowa – „kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. Szczegóły już za chwilę.
Sześć lat
okupacji ziem polskich to z pewnością nie jest czas, do którego chcielibyśmy
wracać. Nawet ci, którzy przeżyli go mniej lub bardziej świadomie,
doświadczając okrucieństwa nazistów, rzadko dzielą się wspomnieniami. Z
dydaktycznego punktu widzenia niezwykle trudno jest wytłumaczyć młodym ludziom
ogrom tych zbrodni i okrucieństw – liczone w setkach tysięcy ofiary, rozmaite
metody eksterminacji całych grup narodowych i etnicznych. Przekroczenie bramy
muzeum Auschwitz sprawia, że wszystko wokół wydaje się tylko nic nieznaczącym pyłkiem,
wobec tego, co się tam wydarzyło. Trzeba jednak powiedzieć, że wojenne życie –
choć, delikatnie rzecz ujmując, było niezwykle trudne – w szerszym sensie nie
różniło się od współczesnego. Ludzie zakochiwali się, zawierali małżeństwa,
rodziły się dzieci. Jedni ryzykowali, inni bali się zaangażować. To po prostu
ludzkie. Porywy normalności w środku koszmaru były jak ścieżki, które
człowiek podejmował, żeby nie zwariować. Wszyscy chcieli żyć – tylko i aż tyle.
Takie same pragnienia miały Julia, Wiktoria i Antonina. Niestety, Sara i Aaron
nie zaznali tego szczęścia.
Trzeci
tom Krakowskiej kołysanki rozpoczyna się od obrazów likwidacji
krakowskiego getta. „Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” stało się
faktem – wyznawcy religii mojżeszowej mieli zniknąć z powierzchni ziemi, uznani
przez nazistowską ideologię za podludzi. Dlaczego? Tak chciał Hitler i jego
reżim. Wiktoria i Antonina Gajewskie, po aresztowaniu, trafiają do siedziby
Gestapo przy ul. Pomorskiej, natomiast Julia z trójką dzieci zostaje wysłana do
niemieckiego ośrodka wychowawczego. Ich losy rozchodzą się, lecz dla Autorki
nie stanowi to przeszkody – prowadzi narrację tak, że obserwujemy bohaterki
niczym przez otwarte okna. W rezultacie nieudanych przesłuchań matka i córka
zostają odesłane do obozu w Płaszowie, gdzie jednym z oficerów jest
Martin. Nietrudno się domyślić, że gdy tylko odkryje, że wśród więźniarek
znajduje się jego ukochana, spróbuje ją ocalić. Czy mu się to uda? O tym
Czytelnik przekona się sam. Przecież nikt nie może dowiedzieć się o więzi
łączącej ją z przedstawicielem machiny zła.
Julia walczy o przetrwanie w nieco spokojniejszych warunkach, lecz musi przede wszystkim uważać, aby zbyt wiele nie widzieć ani nie słyszeć. A jeśli coś jednak dotrze do jej uszu, dla własnego bezpieczeństwa powinna zachować milczenie. Z czasem i dla niej pojawia się szansa na ucieczkę. Decyduje się podjąć ryzyko, choć wie, że stawia na szali również życie dzieci. Musi też ponownie zaufać Olkowi – jedynemu, który odważył się przed nią szczerze wyznać swoje winy. Wszystkie trzy kobiety stają przed koniecznością ważenia zysków i strat. Każdy pozytyw równoważy się z ryzykiem niepowodzenia, a stawka jest najwyższa. Zwłaszcza że Otto Bauman nieustannie depcze Aignerowi po piętach, a na dodatek za drutami pojawia się Brigitte. Pętla zaciska się coraz mocniej. Życie w obozie czy na robotach to jedynie wegetacja – człowiek zostaje sprowadzony do poziomu rzeczy, a nawet niżej: do numeru. Nie ma godności, tego, co go konstytuuje. Ale czy naziści sami zachowali resztki godności? Dlaczego bawią się w Boga, uzurpując sobie prawo do decydowania o życiu i śmierci?
Joanna Nowak świetnie oddaje obie rzeczywistości, może nawet nieco cieplej niż wymagałby tego warsztat historyczny. Doceniam, że po raz kolejny koncentruje się przede wszystkim na psychice bohaterów. Martin Aigner znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji – wie, że nie może zdradzić się choćby drgnieniem ust, musi uczestniczyć we wszystkich elementach nazistowskiej machiny terroru, choć w głębi duszy jej nienawidzi. Na to wszystko nakłada się jeszcze niepewność co do losów Wiktora, który mógł nie przeżyć. Odnoszę jednak wrażenie, że akcja momentami toczy się zbyt szybko. W konsekwencji część wątków została skrócona do absolutnego minimum. Szkoda, bo recenzowana książka, podobnie jak cała seria, ma ogromny potencjał i niektóre ujęcia można by spokojnie rozwinąć. Być może to jednak pomysł na tom czwarty – i na to właśnie liczę.
Oddaję z
całą powagą, że finałowe sceny są zarazem wstrząsające, dramatyczne i
poruszające. Właśnie wtedy następuje kulminacja emocji – skupienie
miesza się z rozbieganym wzrokiem, a przyspieszony oddech przejmuje nad tobą
kontrolę. Kto zwycięży w tej potyczce – Otto czy Martin? Uda się, czy jednak
nie? Strzeli czy chybi? Wszystkie te pytania pojawiają się w ciągu zaledwie
kilku minut. A finał, jak przystało na finał, musi wywołać ciarki. I wywołuje.
Są łzy – zarówno radości, jak i żalu.

Komentarze
Prześlij komentarz