"Krzywdy przeszłości" - recenzja

 

                              „Krzywdy przeszłości” | Recenzja

Mimo ogromnych postępów medycyny, ludzka psychika wciąż pozostaje wielką zagadką. Lekarze i naukowcy nie są w stanie w pełni poznać ani ocenić funkcjonowania mózgu. Wiemy jedynie, że odpowiada on za niemal wszystkie czynności naszego organizmu, a jego niewydolność prowadzi do śmierci. Każda zmiana w tym niezwykle wrażliwym organie może pociągnąć za sobą nieodwracalne skutki. Tak właśnie stało się z Jankiem, który w dzieciństwie doświadczył zbyt wiele i dziś zmaga się z traumą. Najważniejsze jednak, że pragnie walczyć z tym, co go spotkał, a ma dla kogo to robić. Przeszłość wciąż jednak o sobie przypomina. Niektórych demonów nie da się pokonać raz na zawsze.

Nie potrafię czytać w tempie narzuconym z góry. Muszę najpierw odpowiednio się nastroić, wczuć w klimat i stworzyć właściwą atmosferę. Może dlatego Krzywdy przeszłości tak długo czekały, aż po nie sięgnę. Okazja nadarzyła się dopiero podczas turnusu rehabilitacyjnego. Na wyjazd zabrałem trzy książki, wśród nich powieść Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol. Nie zauważyłem nawet, kiedy ją skończyłem. Lektura zajęła mi dosłownie chwilę. Każdą wolną minutę między zabiegami i posiłkami wykorzystywałem na czytanie. Pchała mnie do tego jakaś niewytłumaczalna siła. Z każdą stroną coraz lepiej rozumiałem głównego bohatera, choć wciąż nie pojmowałem motywów postępowania jego opiekunów. To było trudne, nawet przy świadomości realiów historycznych. Ciągle zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, że on to wytrzymał? Co dawało mu siłę, by się nie załamać? Wniosek mógł być tylko jeden: oparciem pozostają charakter i silna wola. Gdy ich zabraknie, złamie nas najdrobniejsza trudność.

Konfrontacja z własną przeszłością, szczególnie w jej wymiarze niezawinionym, przypomina doświadczenie graniczne, niemal torturę. Autor słusznie podkreśla, że powrót do bolesnych wspomnień bywa nieunikniony, bo czasem tylko krok wstecz pozwala naprawdę ruszyć naprzód. Na przykładzie Janka, oddanego przez matkę do programu Lebensborn w czasie II wojny światowej, zostało pokazane dramatyczne dzieciństwo pozbawione poczucia bezpieczeństwa. Decyzja matki, podejmowana w przekonaniu, że chroni syna, w rzeczywistości skazała go na tułaczkę od ośrodka do ośrodka, od rodziny do rodziny. Każdy epizod pozornego spokoju kończył się kolejnym wstrząsem, a walka o przetrwanie stała się dla dziecka codziennością. Mimo że okres dorastania bohatera naznaczyła trauma, w dorosłości Janek został radcą prawnym, co pozwoliło mu odnaleźć pewien rodzaj stabilności. Choć pierwsze małżeństwo okazało się nieudane, dopiero związek z Jolą, empatyczną lekarką, pozwolił mu odnaleźć spełnienie i oswoić pustkę wyniesioną z dzieciństwa.

Chęć rozpoczęcia życia od nowa prowadzi Janka na terapię. To właśnie ona pozwala mu dotrzeć do głęboko ukrytych pokładów lęku i wewnętrznej niestabilności. Bohater doskonale rozumie, że bez konfrontacji z traumami nie będzie poprawnie funkcjonować w rodzinie, a w konsekwencji prędzej czy później się podda. Druga część książki, obok wątków fabularnych, w dużej mierze koncentruje się na opisach zwierzeń Janka podczas sesji terapeutycznych. Dla jednych czytelników może to być nietypowy zabieg, dla innych dość zaskakujący, jednak w moim odczuciu jest niezwykle wartościowym dopełnieniem opowieści. Żyjemy bowiem w świecie, w którym przyznanie się do słabości wciąż bywa źle postrzegane, a od mężczyzn oczekuje się emocjonalnej powściągliwości, choć ten obraz powoli ulega zmianie. Nie sposób też zaprzeczyć, że człowiek pozostaje istotą cielesno-duchową, a obie te sfery nieustannie na siebie oddziałują. Tym bardziej należy docenić Autorkę za odwagę w podjęciu i konsekwentnym rozwinięciu tego wątku. Na końcu pozostaje pytanie, które z pewnością nurtuje czytelnika: kim naprawdę okazał się ojciec Janka? Na to jednak nie odpowiem, bo właśnie w tej tajemnicy kryje się siła finału powieści.

Nie sposób żyć wyłącznie przeszłością. Dorosłość bohaterów przypada na burzliwe lata 80. XX w. Stan wojenny zaskakuje ich i wystawia na poważne niebezpieczeństwo, ponieważ Jola angażuje się w działalność medycznej „Solidarności”. Rozdaje paczki, rozkleja plakaty, uczestniczy w tajnych spotkaniach. Była nawet delegatką na zjeździe „S”, gdzie zobaczyła samego Wałęsę. Nic dziwnego, że szybko znalazła się pod obserwacją. Przebite opony w samochodzie, napad, a wreszcie porwanie siostrzenicy stają się dramatycznym potwierdzeniem ryzyka, jakie podejmuje. Mimo tych doświadczeń Jola i Janek nie pozwalają, aby strach odebrał im codzienną radość. Martwią się o siebie nawzajem, ale wciąż starają się zachować pogodę ducha. Dodatkowym ciężarem staje się ciąża Joli. Janek, naznaczony własnymi przeżyciami, nie potrafi pogodzić się z myślą o dziecku. Na kartach powieści Jola jawi się jako dobry duch, rozświetla mroki życia męża, nieustannie w niego wierzy, dodaje mu odwagi. A jednak to Janek będzie musiał ostatecznie wykazać się większą siłą. Los nie oszczędzi mu kolejnych prób, o czym czytelnik przekona się sam.

Choć Krzywdy przeszłości poruszają bolesne tematy, niosą w sobie również sporo ciepła. To opowieść, w której łzy i zwątpienie splatają się z prostymi radościami codzienności. Lektura uświadamia, jak wiele siły kosztuje niektórych wyjście na prostą i prowadzenie w miarę ułożonego życia. Przypomina także, że istnieją tajemnice, których dla własnego dobra lepiej nie odkrywać, bo przynoszą jedynie ból i nienawiść. Parafrazując słowa znanego wiersza: czasem są w naszym życiu rachunki krzywd i obca dłoń ich nie przekreśli. Trzeba nauczyć się z nimi żyć, inaczej staniemy się sfrustrowanymi automatami, dla których wszystko poza własnym cierpieniem przestaje mieć znaczenie.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja