"Karcer" - recenzja
„Karcer” | Recenzja
Od kilku lat w portalach naukowych, publikacjach i mediach trwa intensywna dyskusja na temat sztucznej inteligencji i jej roli w przyszłości. Już dziś można stwierdzić, że — jak każdy wynalazek — niesie ona ze sobą zarówno korzyści, jak i zagrożenia. To nic nowego. Podobne obawy towarzyszyły wprowadzeniu każdej przełomowej technologii. Jednak AI ma w sobie coś znacznie bardziej niepokojącego. Odpowiednio zaprogramowana, może niemal całkowicie zastąpić u człowieka zdolność analizy i krytycznego myślenia — a to już staje się niebezpieczne, nawet jeśli nie wszyscy ulegną pokusie pójścia na skróty. Co jednak, jeśli pewnego dnia sztuczna inteligencja obróci się przeciwko nam, a w tle pojawi się jeszcze widmo konfliktu nuklearnego? Aż strach to sobie wyobrazić. Grzegorz Juszczak przygotowuje nas jednak na taki scenariusz. Karcer stawia wiele ważnych pytań, jednocześnie pozostawiając sporo niepokojących niedopowiedzeń.
Chyba każdy z nas lubi czasem pomyśleć, co czeka go w przyszłości. Zazwyczaj jednak wyobraźnia nie sięga zbyt daleko — ot, pięć czy dziesięć lat do przodu. Tymczasem w tej książce, wraz z bohaterami, przenosimy się aż do roku 2147 — kawał czasu. Można by się zastanawiać, kto wtedy będzie prezydentem USA, papieżem czy szefem jakiejś globalnej organizacji. Ale po co? Dla fantazji, dla zabawy, dla sprawdzenia siebie. Lubię takie analizy. Tym razem jednak rok 2147 ma szczególne znaczenie: sto lat wcześniej zakończyła się wojna atomowa, a ludzkość dopiero teraz zaczyna powoli wracać do normalności. Planeta pozostaje jednak skażona i napromieniowana, a dodatkowo ocalonym zagrażają zmutowani przeciwnicy, którzy chcą ich zgładzić i przejąć władzę nad tym, co pozostało. Ostatnich bastionów cywilizacji broni niewielka grupa ludzi, ukrywająca się w dawnym stanowym więzieniu w Atlancie. Jak długo wytrzymają? Czy im się uda? Sami tego nie wiedzą. Ale jedno jest pewne — nie mogą pozwolić sobie na zniechęcenie.
Choć sam nie przepadam za literaturą science fiction — być może dlatego, że nie do końca ją rozumiem i potrafię właściwie przeanalizować — to od czasu do czasu po nią sięgam. Między innymi po to, by lepiej zrozumieć rządzące nią kryteria. Karcer okazał się dla mnie przystępny, bo główna oś fabuły jest stosunkowo prosta i zrozumiała: ludzie walczą z czymś na kształt humanoidalnych robotów. Raz przewagę mają jedni, raz drudzy. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy ustalić, kto tak naprawdę jest wrogiem kogo — i, co jeszcze trudniejsze, kto powinien wygrać ten konflikt. Obie strony mają swoje atuty. Osobiście skłaniam się jednak ku zwycięstwu ludzi. W dzieciństwie oglądałem Jetsonów, ale chyba jeszcze nie jestem gotów na życie w takich realiach. Krótko mówiąc, książka pozwala czytelnikowi przyjrzeć się zarówno pozytywnym, jak i negatywnym aspektom nadchodzących zmian i technologicznego boomu. Bo choć świat nieustannie idzie do przodu, nie każdy postęp jest właściwy.
W Karcerze szczególne znaczenie mają opisy. Mam tu na myśli przede wszystkim sceny walk, charakterystyki postaci oraz barwne przedstawienia sytuacji — pełne emocji, gry słów i pogłębionej analizy. Uważam, że bez nich książka byłaby jedynie pustosłowiem, a wytwory wyobraźni pana Grzegorza sprawiałyby wrażenie szaroburych i pozbawionych wyrazu. Muszę pochwalić jeszcze jedną, istotną rzecz: akcja rozwija się miarowo. Nie ma tu przypadkowych przeskoków ani zbędnych dygresji. Uczciwie przyznam, że podczas niejednej sceny walk czułem się podobnie jak wtedy, gdy jako dziecko patrzyłem na marsz wilków w Akademii pana Kleksa. Spokojnie — nie miałem potem problemów z zaśnięciem, choć niektóre z przedstawionych scen były wyjątkowo realistyczne. I właśnie za ten realizm należą się autorowi brawa. Przenikanie się świata ludzi z napromieniowaną rzeczywistością robi naprawdę ogromne wrażenie.
Na uwagę zasługuje również wielowątkowość Karceru. Czytelnik znajdzie tu wątki romansowe, bitewne, cyfrowe, przepełnione nienawiścią, ale też momenty względnego spokoju. Wszystko to buzuje przez całą powieść niczym w garnku pełnym wrzątku — a to od nas zależy, na którym wątku skupimy się bardziej. Lekturę ułatwia przystępny, całkowicie naturalny język. Książkę czyta się swobodnie, bez obawy o techniczne czy wydumane słownictwo, zrozumiałe tylko w ramach tej jednej historii. Dzięki temu sięgnąć po nią może każdy, choć — moim zdaniem — powieść kierowana jest raczej do nieco starszych odbiorców. Nie brakuje w niej bowiem brutalnych scen oraz metafor, które nie zawsze są oczywiste przy pierwszym czytaniu. Warto jednak szczególną uwagę poświęcić postaci naczelnika Brassa i śledzić działania w kontekście całego przebiegu wydarzeń. Więcej zdradzić nie mogę.
Karcer niewątpliwie ma potencjał na całą serię. Nie wszystkie wątki
zostały domknięte — prawdopodobnie celowo. Wojna z menelsami wciąż trwa i
potrwa jeszcze wiele lat. Będzie tylko brutalniejsza. To prawdziwa walka o
przetrwanie, której wynik zadecyduje o losach naszej cywilizacji. Historia
zaginionego patrolu to w istocie opowieść o człowieczeństwie w epoce, w
której uczucia schodzą na dalszy plan i przestają mieć realne znaczenie. Więzienie
stanowe w Atlancie — ostatni bezpieczny bastion — można odczytywać jako
ostatnią szansę, by cokolwiek zmienić w naszym zbiorowym postępowaniu.
Musimy nauczyć się współpracować i okiełznać technologię. Czas biernego
czekania już się skończył. Granica między światami jest cienka — łatwo ją
przekroczyć, a powrotu nie będzie.

Komentarze
Prześlij komentarz