"W duszy ułana" - recenzja
„W duszy ułana”
| Recenzja
A więc wojna!
Doskonale znam treść tego komunikatu, a jednak za każdym razem, gdy go słyszę,
mimowolnie przechodzi mnie dreszcz. Myślę wtedy o ludziach, którzy słuchali
radia rankiem 1 września 1939 roku. Potworne, straszne doświadczenie — takie,
które zapada w pamięć na zawsze. Tego dnia świat naprawdę się zatrzymał,
a czas zwolnił swój bieg. Polscy żołnierze robili wszystko, co mogli, by
powstrzymać wroga u bram ojczyzny. Walczyli do końca. Wśród nich byli też ułani
— ci, nazywani „malowanymi dziećmi”. Po raz ostatni… Choć w starciu z miażdżącą
siłą Niemców nie mieli żadnych szans, zapisali ostatnią kartę swoich dziejów. I
było warto. Kto z nas nie uśmiecha się na widok kawalerzysty? Zasłużyli na
pamięć. Ta książka jest właśnie o nich.
Jedną
z pierwszych nauczycielek historii – tej, dzięki której zrozumiałem, jak bardzo
może poruszać i znaczyć – była moja kochana prababcia. To ona opowiadała mi,
jak to było kiedyś, m.in. o tym, jak zapamiętała 1 września. Dla mnie –
zerówkowicza, a potem ucznia pierwszej klasy – wszystko to brzmiało niczym
prahistoria. Dopiero po latach zrozumiałem, jak bezcenny był ten dostęp do takiej
skarbnicy wiedzy i emocji, które miałem przez kilka lat. Nawet najlepszy
podręcznik nie zastąpi żywego słowa świadka, a babcia miała wtedy 25 lat.
Doskonale wiedziała, o czym mówi. Choć sama okupację przeżyła względnie
spokojnie, tego jednego dnia nigdy nie zapomniała. I wcale się nie dziwię.
Kiedy w moje ręce trafił drugi tom Sagi ułańskiej,
wiedziałem, że przeczytam go niemal natychmiast – jak głodny człowiek,
pożerający kotleta w trzech kęsach. Nie przypuszczałem jednak, że ta książka aż
tak mną wstrząśnie. Że poczuję tak silne emocje. Że moja wyobraźnia
podsunie mi wszystkie te obrazy, które znam, które opowiadam dzieciom – ale tym
razem z pełnym naciskiem na to, co odczuwali główni bohaterowie tej historii.
W
przypadku takich powieści jak ta żałuję tylko jednego – że znam historię i
wiem, jak powinny zakończyć się poszczególne wątki. Czasem niewiedza naprawdę
jest wybawieniem. Uwielbiam okres dwudziestolecia międzywojennego, ale za
każdym razem, gdy zbliżam się do jego końca, czuję w sercu lekkie ukłucie.
Zdarza mi się wtedy pytać: co by było, gdyby wojna jednak nie wybuchła? W duszy ułana to jedna z tych
opowieści, w których fikcja literacka tak mocno przenika się z
rzeczywistością, że trudno wyznaczyć granicę i zachować dystans wobec
opisywanych wydarzeń. Widać to wyraźnie w samej fabule – radość ostatnich lat
wolności miesza się tu z niepokojem końca pamiętnego lata, by w końcu
doprowadzić do tego, co musiało nadejść. I wtedy pojawia się pytanie, które
samo ciśnie się na usta: co działo się w tytułowej duszy? Czy czuła niepokój?
Pragnienie bezkompromisowej walki o wolność? Tego nigdy się już nie dowiemy. Bo
tamtego świata po prostu nie ma. Nikt już nie stuka obcasami w nienagannie
zapiętym mundurze. Nikt nie unosi się w siodle jak husarz.
Recenzowana
powieść jest do szpiku kości autentyczna. Nie ma w niej ani grama
fałszu, ani jednej fałszywej nuty. To jedna z tych książek, które potrafią
naprawdę poruszyć – przy niektórych scenach płakałem. Jedna z
nich to moment, gdy Mikołaj wręcza Agacie swój medalik z Maryją Jazłowiecką, po
czym ginie w Katyniu. Druga – to scena „ostatniej posługi” przy śmiertelnie
rannym Dragonie. Niektórzy czytelnicy poprzedniej części mogą mieć za złe
Autorce, że w ferworze dramatycznych wydarzeń gdzieś rozmywa się wątek Agaty –
ten miłosny, bardziej intymny. Ale on tam jest. Wszystkie te nici są obecne,
choć trzeba je odczytywać przez pryzmat wojennego dramatu – okupacji,
codziennego strachu, lęku o każdy kolejny dzień i wreszcie tego
najtrudniejszego: czekania na tych, którzy już nigdy nie wrócą, choć
pozostaną na zawsze w pamięci. Być może rzeczywiście Agata Tęczyńska ustępuje
tu miejsca wielkiej historii – ale tak musiało być. Taka była logika fabuły i
realiów, które nie pozostawiały miejsca na inne rozwiązania. Na tyle, na ile
może, Agata próbuje pozostać sobą – albo przynajmniej utrzymać maskę, którą
przywdziała po rozstaniu z Aleksandrem.
W duszy ułana to prawdziwa kronika wydarzeń rozgrywających się na szerokim tle. Nie ma w niej taniego patosu – jest głęboki realizm, gra emocji i uczuć. Każdy strzał, każdy rozkaz, kwik koni, ryk bombardującego samolotu, gorycz klęski i ból sowieckiej Polski – wszystko to odczuwa się niemal wszystkimi zmysłami. To książka przejmująco smutna, poważna, a przy tym niezwykle głęboka. Ci, którzy bronili Polski w 1939 roku, mieli w sobie coś, czego dziś dramatycznie brakuje – instynkt, przeczucie, gotowość do walki, przekonanie o słuszności idei, przywiązanie do wartości wyniesionych z domu, odpowiedzialność za słowo i nade wszystko, honor. Honor pojmowany wielowymiarowo – jako cecha prawdziwego mężczyzny, oficera, żołnierza, obrońcy słabszych. Nie bolała ich przegrana, bolała bezsilność. Dzięki takim książkom jak ta, odzyskują na nowo swoją tożsamość – mogą znów być wzorem dla nas, którzy wojnę znamy jedynie z lekcji.
Każdy z nas
buduje sobie świat, w którym czuje się bezpiecznie. Przyzwyczaja się do niego,
oswaja go – aż w końcu wystarczy jedna chwila, by runął w gruzy. Tak właśnie upadły
światy Tęczyńskich, Orszańskich i wielu innych, bezimiennych. Wszyscy
kochamy kogoś tak, jakby nikt inny wcześniej nie istniał… cierpimy, jak Agata,
by w końcu – zupełnie niespodziewanie – odnaleźć szczęście. Cała seria to
gotowy scenariusz na film i jednocześnie doskonałe uzupełnienie szkolnej wiedzy.
Autorka wkłada w te historie całe serce – bez dwóch zdań – a ja jestem jej za
to ogromnie wdzięczny. Już czekam, co wydarzy się w Pamięci ułana. Oby nie kazało
na siebie długo czekać.

Komentarze
Prześlij komentarz