"Rewers" - recenzja
„Rewers” | Recenzja
Praca
śledczego wymaga całego wachlarza umiejętności. Od lat niezmiennie liczy się
analityczny umysł, odporność na stres, zaangażowanie w każde działanie i –
rzecz jasna – dobra kondycja fizyczna. Czasem jednak, jak pokazuje Rewers, nawet to nie
wystarcza. Sprawa, która z początku wydaje się banalna – bo sprawca niemal sam
się podkłada – szybko okazuje się jedynie wstępem do czegoś znacznie
większego. Jak to często bywa, ten, kto jest niewinny, musi zrobić
wszystko, by takim pozostać, a prawdziwego mordercę odnaleźć... niemal na
własną rękę. Gwarantuję Wam godziny pełne napięcia. Czy warto? Przekonacie się
już po kilku stronach. A potem – nic Was od tej lektury nie oderwie.
Zdarzają
się powieści, które przyciągają od pierwszej chwili – intrygują tytułem,
okładką, pierwszym zdaniem – ale z jakiegoś powodu odkładasz je na później. A
to „później” przeciąga się w nieskończoność, bo książek przybywa, a ta jedna
wciąż czeka. Aż w końcu nadchodzi ten dzień. Siadasz, zaczynasz czytać... i od
razu wiesz, że popełniłeś błąd. Powinieneś sięgnąć po nią znacznie wcześniej.
Nie pozostaje nic innego, jak tylko powiedzieć sobie: trudno – i zanurzyć się w
fabule. Tak właśnie zrobiłem. I nie zawiodłem się. Choć przyznam, że w
kilku momentach miałem ochotę zawołać: „Już wiem! To on zabił!” – autor
skutecznie igrał z moimi emocjami i szybko wyprowadzał mnie z błędu. Co więcej,
historia została opowiedziana tak sprawnie, że fakt, że to trzeci tom cyklu
o komisarzach z IV komisariatu w Łodzi, zupełnie nie przeszkadzał. Ta
opowieść żyje własnym życiem i wciąga na tyle, że chce się ją przeczytać jednym
tchem. Inaczej – wypadasz z rytmu i musisz od nowa się w nią nastroić.
Co
byście zrobili, gdyby wszystkie dowody wskazywały na to, że zamordowaliście
kobietę, która traktowała Was jak wzór do naśladowania, a przy okazji dawała
sygnały, że jest Wami zainteresowana? A Wy – poza jedną wspólną nocą – nie
mielibyście sobie nic do zarzucenia? Sprawa może jednak zniszczyć Waszą karierę
i życie rodzinne. Oczywiście, zrobilibyście to, co każdy niewinny człowiek w
powieści sensacyjnej: ucieczka z radiowozu, ukrycie się, zdobycie broni,
samochodu i bezpiecznego kąta do spania – a potem walka. O przetrwanie i, rzecz
jasna, o prawdę. Właśnie tak postępuje Piotr Krzyski – jeden z najlepszych
śledczych w mieście Tuwima. Tyle że nie przewidział jednego: że prawdziwy
morderca prowadzi go niemal za rękę, rozgrywając własną grę i wyrównując dawne
rachunki. Z pozoru oczywista sprawa co chwila wymyka się schematom, a tropy
prowadzą w coraz bardziej nieoczekiwane miejsca. Jakby tego było mało, ofiara
ma swój rewers – drugą stronę osobowości, o której mało kto wiedział. I
właśnie w tym tkwi siła tej książki: w świetnie skonstruowanej intrydze, w
umiejętnie prowadzonych wątkach i w klasycznej grze kontrastów – czerni i
bieli, pozorów i prawdy.
Jak w
każdym dobrym kryminale, również tutaj liczą się szczegóły – a tych w tej
książce nie brakuje. Najważniejsze okazują się daty. Dlaczego właśnie
one? Tego Wam nie zdradzę. Nie chcę odbierać przyjemności z lektury. Może sami
dostrzeżecie coś, co mnie umknęło – drobiazg, który zaprowadzi Was do
rozwiązania szybciej niż mnie. Otwarcie przyznam, że zupełnie nie spodziewałem
się, że to właśnie on okaże się sprawcą. Czy jednak można znaleźć
usprawiedliwienie dla zbrodni? Jako prawnik znam pojęcie okoliczności
łagodzących, ale w tym konkretnym przypadku – przynajmniej mnie – one nie
przekonują. Nie o to jednak tak naprawdę chodzi. Książka pokazuje coś znacznie
bardziej niepokojącego: że można z kimś pracować, przyjaźnić się, zwierzać,
ufać mu, być partnerem – i zupełnie go nie znać. Jakby tego było mało, widać tu
dobitnie, że kiedy naprawdę wpadniesz w kłopoty, możesz liczyć tylko na garstkę
najbliższych. Tych, którzy są z Tobą na śmierć i życie.
Powieść
Adama Widerskiego rozgrywa się zasadniczo we współczesności, choć z lekkim przesunięciem
w stronę pierwszej dekady XXI wieku – czasu dzikiej reprywatyzacji i wciąż
prężnie działającego półświatka przestępczego, który, niczym hydra, potrafił
dostosować się do aktualnych potrzeb „rynku”. A jak wiadomo – jest popyt,
będzie i podaż. Główny bohater nie jeździ luksusowym SUV-em naszpikowanym
gadżetami, tylko... żółtym matizem. Detal, ale taki, który wywołuje uśmiech – i
dobrze oddaje ton tej opowieści. Nie sposób też nie wspomnieć o postaci patologa
– Hektora Wista – który swoją osobowością do złudzenia przypomina kolegę po
fachu z serialu Komisarz Alex.
Doceniam jego suchy, funeralny humor i błyskotliwe riposty. To postać
drugoplanowa, ale zapadająca w pamięć.
Piotrek
nie uciekał przed wymiarem sprawiedliwości z brawury ani z chęci uniknięcia
odpowiedzialności. On doskonale wie, dlaczego to robi. Ma dla kogo walczyć.
Musi odzyskać zaufanie tych, którzy dziś w niego wątpią. Może nie do końca
przemyślał decyzję o ucieczce, ale w pewnym momencie było już za późno na
kalkulacje i rozważanie „za” i „przeciw”. Zza krat niewiele by zdziałał. Jako
policjant zna procedury. Wiedział, że może stracić wszystko – kobietę, dziecko,
rodzinę, przyjaciół. Zaryzykował. Cel uświęcił środki. Przynajmniej w moich
oczach – a może i w waszych, gdy przeczytacie książkę – zasługuje na
rozgrzeszenie.
Podsumowując
– Rewers to idealna książka na wakacje.
Wciąga bez reszty. Świat zbrodni szybko staje się naszym – tak bliskim, że
trudno się od niego oderwać. Niestety, czasem sami wyciągamy rękę w stronę zła,
zapominając, że to nigdy nie jest gra do jednej bramki. Cena bywa zbyt wysoka,
a ryzyko pomyłki niebezpiecznie bliskie pewności.

Komentarze
Prześlij komentarz