"Krakowska kołysanka. Po drugiej stronie muru" - recenzja


 

                     „Krakowska kołysanka. Po drugiej stronie muru”

Wojna to nie tylko doświadczenie militarne. To przede wszystkim ciąg zdarzeń, który – jak nic innego – wżyna się głęboką bruzdą w ludzką psychikę. Do dziś pamiętam opowieści mojej prababci. Gdy wspominała tamten czas, nie potrafiła mówić o nim bez emocji. Mam podobnie. Zdarza się, że czytając książkę osadzoną w latach 1939–1945, ogarnia mnie fala przeżyć. Chciałbym pomóc bohaterom, uprzedzić ich, powiedzieć, co będzie dalej – ale nie mogę. Saga Joanny Nowak Krakowska kołysanka właśnie do takich historii należy. Wciąga, porusza i skłania do refleksji. Nie da się jej przeczytać ot tak, dla relaksu. Między wierszami niesie coś z dydaktyzmu – ale nie nachalnego, tylko takiego, który zostaje z czytelnikiem na dłużej.

Nie będę owijać w bawełnę – nie mogłem doczekać się kolejnej części. Z żalem zerkałem na półkę, gdzie Po drugiej stronie muru cierpliwie czekało na swoją kolej. To nie trwało długo, ale jednak. Okazja do zaspokojenia ciekawości trafiła się podczas długiej podróży autokarem. Pakując książkę do torby, byłem przekonany, że wystarczy mi na całą drogę – o to w obie strony. Jak bardzo się pomyliłem. Fabuła wciągnęła mnie tak, że skończyłem ją jeszcze przed dotarciem do celu. Ale nie ma tego złego! W drodze powrotnej mogłem spokojnie poukładać sobie w głowie wszystkie wrażenia – i dzięki temu szybciej przelać je na papier. To nie są wnioski radosne (i trudno, by były, biorąc pod uwagę realia, w których osadzono akcję), ale jeśli chodzi o samą książkę – o pomysł, rozwinięcie wątków, o te momenty, w których serce bije szybciej, a człowiek ma ochotę krzyknąć – ręce same składają się do oklasków, a głowa pochyla w geście uznania. Właśnie tak – moim zdaniem – powinno się opowiadać o historii. Nie schematycznie, ale przez pryzmat, który każdy potrafi sobie wyobrazić i poczuć po swojemu.

Kompozycyjnie wciąż pozostajemy w Krakowie, gdzie pętla okupacji zaciska się coraz mocniej. Na szczęście ochronka dla dzieci nadal funkcjonuje, choć z każdym dniem staje się to trudniejsze. Niemcy czują się coraz pewniej i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się odwrócić. W prowadzeniu przytułku wciąż pomaga tajemniczy „dobroczyńca” – Martin Aigner. Działając pod przykrywką, nadal ratuje żydowskie dzieci z getta, bo jako jeden z nielicznych wie, czym naprawdę kończy się wywózka do obozu koncentracyjnego. Musi jednak zachować kamienną – a czasem wręcz podwójną – twarz, co wymaga ogromnego opanowania i nie lada umiejętności. Raz jest troskliwym Martinem, grającym z chłopcami w piłkę, by chwilę później... strzelać do ukrywających się Żydów. Sprawy dodatkowo komplikuje coraz większa podejrzliwość Otto Baumana, który zaczyna się czegoś domyślać. Podobne napięcie rośnie za murem getta. Rozwiązanie kwestii żydowskiej przybiera ostateczny kształt – eksterminacja to już tylko kwestia czasu. Można jedynie próbować ograniczyć jej skutki, choć nawet to wydaje się iluzją. Sara, Aaron i ich rodzice muszą radzić sobie sami. Tęsknota szczególnie mocno odbija się na niej. Młoda dziewczyna przeczuwa, że nie będzie już kolejnej szansy na spotkanie z synkiem.

W tym czasie do miasta powracają Aleksander – brat Wiktorii i syn Antoniny – oraz Bruno, pierwsza miłość głównej bohaterki. Olek zdaje się nie dostrzegać trudnego położenia rodziny, skupiając się wyłącznie na sobie. Choć wiele przeszedł, jego postępowanie spotyka się z negatywną oceną najbliższych. Nie rozumie, że relacja łącząca siostrę i matkę z Niemcem to niezwykle ryzykowna gra, w której to one ponoszą największe ryzyko – a stawką jest ludzkie życie. Przy okazji na jaw wychodzi uczucie, które łączy Wiktorię i Martina. W tej historii to Bruno okazuje się przegranym – wciąż ma nadzieję na powrót do ukochanej, ale nic z tego. Wojna zmieniła wszystko. Także uczucia. Ona i on czują się teraz nieswojo, jakby obco. Nie tak to sobie wyobrażali. Nie rozumieją, że wtedy były rzeczy ważniejsze niż ich osobista historia. Niestety, Olek – jedną rozmową z nieodpowiednią osobą – uruchamia prawdziwą lawinę. Dramatu nie da się już powstrzymać. Dlaczego do tego doszło? Z powodu urażonej dumy? Źle pojętej męskości? Braku dojrzałych wartości? Ocenicie sami.

Podopieczni sierocińca widzą i rozumieją więcej, niż mogłoby się wydawać – choć obie panie z całych sił starają się ochronić ich psychikę przed okrucieństwem wojny. Bezskutecznie. Niemieckie represje i nieustanne kontrole na krakowskim Kazimierzu robią swoje.  Coraz częściej pojawiają się napięcia, nieporozumienia, kłótnie. Ale to nie wina dzieci. One po prostu duszą się w tej rzeczywistości – w świecie, który przyniosły wojna i okupacja. Domagają się czegoś tak zwyczajnego, jak dzieciństwo. To przecież tak niewiele, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co już musiały przeżyć. Dorośli wokół nich skrywają sekrety – takie, od których może zależeć życie. A prawda nie zawsze przynosi ulgę. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie, mimo najlepszych starań o bezpieczeństwo. Bo dziś nikomu nie można ufać.

Niektórych rozstrzygnięć po prostu nie da się uniknąć, jeśli chce się pozostać wiernym realiom historycznym. Domyślam się, że zakończenie tej części ma otworzyć przed Autorką możliwość kontynuacji opowieści – i bardzo na to liczę. Do ostatnich stron miałem nadzieję, że los okaże się łaskawszy dla bohaterów. Pisanie o tak trudnych czasach w sposób, który z jednej strony oddaje grozę rzeczywistości, a z drugiej – nie odbiera narracji koloru i napięcia – to ogromne wyzwanie. Autorka udźwignęła je z wyczuciem. Jej styl, język i kompozycja świadczą o tym, że historia zmierza w dobrze przemyślanym kierunku. Owszem, czasem pojawia się pokusa, by niektóre wątki poprowadzić inaczej, bardziej po myśli czytelnika – ale przecież wojna jeszcze się nie skończyła. I nie wszyscy ponieśli konsekwencje swoich czynów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja