"Zaburzenia rytmu" - recenzja
„Zaburzenia rytmu” | Recenzja
Pobyt w szpitalu z pewnością jest doświadczeniem stresującym, wywołującym zdenerwowanie i naturalne poczucie niepewności. Nawet najkrótsza hospitalizacja potrafi być przecież nieprzewidywalna. Tytułowe zaburzenia rytmu mogą stanowić zarówno objaw choroby, jak i przenośnię – obrazującą nagłe zmiany w życiu, których nie da się łatwo odwrócić. Ostateczny efekt zależy od przyjętej przez czytelnika perspektywy. Marcin Pełka ukazuje świat pełen sprzeczności, zmian, niedociągnięć i konfliktów, ale także ludzkich dylematów, egzystencjalnych problemów oraz sytuacji bez wyjścia. Ta lektura z pewnością pozostawi w nas trwały ślad na długo.
Zupełnym przypadkiem ta książka trafiła na moją krótką „kolejową” listę. Zapytacie, skąd ta nazwa? To bardzo proste – od tych utworów, które przeczytałem w podróży, najczęściej Polskimi Kolejami Państwowymi. Dodatkowo wykaz obejmuje tylko takie powieści, które pochłonąłem w trakcie jazdy w jedną stronę. Liczące nieco ponad 200 stron Zaburzenia rytmu to zbiór dwudziestu różnorodnych opowiadań, tworzących odrębne historie. Nietrudno się domyślić, że są wśród nich teksty zarówno lepsze, jak i nieco słabsze, krótsze i dłuższe. Łączy je postapokaliptyczna wizja – a ściślej rzecz ujmując: ciąg zdarzeń, które w znanym nam świecie nie miałyby prawa się wydarzyć, oraz irracjonalne zbiegi okoliczności. W twórczości Marcina Pełki świat staje się jednym wielkim poligonem doświadczalnym. Rzeczywistość nie przypomina tej, w której żyjemy dziś – pełnej nowoczesnych technologii, urządzeń i sztucznej inteligencji. To trochę jak w Konopielce Edwarda Redlińskiego – tam również obok siebie egzystują dwa zupełnie odmienne społeczeństwa.
Można by pomyśleć, że tak szeroka tematyka aż prosi się o grube tomiszcze. A jednak – nie tym razem. Autor bardzo zgrabnie skondensował wszystko, co chciał przekazać, nie rozpisując się ponad miarę. Opowiadania mieszczą się swobodnie w przedziale 20–30 stron, a niektóre są jeszcze krótsze. I teraz ważna rzecz – krótsze nie znaczy uboższe. Każdy tekst jest dopracowany zarówno pod względem warsztatowym, jak i fabularnym. To nie są szkice czy szkielety historii, ale pełnoprawne nowele – z bohaterami, fabułą i konkretnie zarysowanym światem przedstawionym. To od czytelnika zależy, czy zdecyduje się wejść w ten świat w całości, przyjmując jego reguły bez marudzenia, czy też wybierze z niego tylko to, co zgrywa się z jego własną wrażliwością. Oba podejścia są równie uprawnione. Każda z narracji zahacza o inny problem – choć, jeśli mam być szczery, autor raczej je sygnalizuje, niż rozkłada na czynniki pierwsze. Głębsze przemyślenia zostawia nam. To my mamy zadać sobie pytania: czy odnalazłbym się w takim świecie? Co zrobiłbym na miejscu głównych bohaterów?
To postacie zdecydowanie nieoczywiste – jakby wymyślone przez kogoś, kto doskonale czuje się w estetyce katastrofizmu. Są silne, zahartowane, z charakterem. Potrafią poświęcić wszystko, gotowe na ryzyko, a czasem nawet na zupełne zignorowanie konsekwencji swoich czynów. Jednym słowem: herosi. Tacy, których trudno złamać, a przeciwności losu raczej ich hartują, niż niszczą. Ale przy tym wszystkim – i to właśnie czyni ich interesującymi – zmagają się z bardzo ludzkimi problemami. Samotność, niezrozumienie, demony przeszłości, codzienne konflikty, tęsknota za tym, co już nie wróci – to wszystko jest w nich obecne. Emocje w Zaburzeniach rytmu nie są tłem, są siłą napędową. Czasem delikatne i niedopowiedziane, innym razem brutalnie obnażone – ale zawsze prawdziwe. Przez całą książkę unoszą się tuż pod powierzchnią, wyraźne i odbijające się echem w czytelniku, jak w dobrze ustawionym lustrze. To właśnie dzięki skondensowanej formie każde z opowiadań uderza z pełną mocą. Mała objętość nie oznacza tu ograniczeń – wręcz przeciwnie. Intensywność emocji i fabularnych zwrotów sprawia, że trudno przejść obok choćby jednej historii obojętnie. Choć każde opowiadanie to osobna, indywidualna całość, wyczuwalna jest między nimi wspólna nić – może nie od razu oczywista, ale zdecydowanie obecna. Wszystkie teksty rezonują ze sobą, tworząc spójną, choć niejednorodną mozaikę.
Na początku miałem pewne obawy co do języka, jakim posługuje się autor. Bałem się, że skoro tematyka dotyczy m.in. rzeczywistości po katastrofie nuklearnej, styl okaże się hermetyczny, trudny do przyswojenia – albo, jak u Stanisława Lema, stworzy własne uniwersum, w którym trzeba będzie się mozolnie odnajdywać, by w ogóle zrozumieć, o co chodzi. Na szczęście te wątpliwości rozwiały się już po kilku stronach i przyznam, że odetchnąłem z ulgą. Zastosowany język jest przejrzysty, klarowny, a jednocześnie bardzo dobrze dopasowany do świata przedstawionego. Autor nie sili się na niepotrzebne udziwnienia – zamiast tego daje czytelnikowi przestrzeń na swobodną, niezakłóconą lekturę. Choć z każdym opowiadaniem przenosimy się do innej czasoprzestrzeni, to za każdym razem trafiamy tam językiem zrozumiałym, współczesnym i adekwatnym do treści. Co ważne, zachowana jest także ciągłość logiczna – wyraźnie dostrzegalne są związki przyczynowo-skutkowe. Mamy tu początek i koniec, światło i mrok, dobro i zło, winę i karę, cierpienie i przebaczenie. I może właśnie dlatego Zaburzenia rytmu tak dobrze rezonują – bo mimo fikcyjnych światów mówią o czymś bardzo ludzkim i uniwersalnym.
Zaburzenia rytmu to powieść specyficzna – nieco inna niż większość tytułów dostępnych na
księgarskich półkach, ale być może właśnie w tym tkwi jej siła. W moim odczuciu
wynika ona z połączenia różnorodności z niezwykłą spójnością między słowem a
wyobraźnią. Przypadek i brak konsekwencji zostały tu ograniczone do minimum. Ta
lektura wyostrza świadomość – przypomina, że to, co widzimy, czujemy i
czym żyjemy, może zniknąć bezpowrotnie w jednej sekundzie. I że nic nie
przygotuje nas na to, co nadejdzie zaraz potem.

Komentarze
Prześlij komentarz