"Melodia wolności" - recenzja
„Melodia wolności” | Recenzja
Jaką skalą można zmierzyć talent, szczęście czy wolność? Jakie kryteria należałoby przyjąć i jak odczytać wyniki? Określenie tych wartości okazuje się właściwie niemożliwe — każdy ma prawo rozumieć je inaczej, na własnych zasadach, w zgodzie z własnym doświadczeniem. Nam, żyjącym dziś w wolnym kraju, zadanie to wydaje się nieco prostsze. Przed rokiem 1918, a potem także 1989, droga do spełnienia wymagała nie tylko marzeń, ale i wyjątkowych zdolności — oraz odwagi. Choć rodziło to postawy niezwykłe, wymagało też rezygnacji z wielu osobistych marzeń. Aleksandra, główna bohaterka powieści, staje przed wyborem, który może odmienić jej życie. Opowiedzenie się po stronie własnych pragnień niesie za sobą ryzyko i poważne konsekwencje. Ma jednak świadomość, że jeśli pozostanie w miejscu, dalej odgrywając rolę, którą narzuciło jej otoczenie, stopniowo popadnie w zgorzknienie i pogrąży się w kryzysie, z którego trudno będzie się wydostać. Co wybierze? Czas się przekonać.
Na początku XX wieku Rosja, rządzona przez cara nieznoszącego sprzeciwu, stopniowo stawała się ewenementem na skalę światową. Owszem, większość ówczesnych monarchii miała charakter autorytarny, jednak z domieszką oświeconego myślenia. Co jakiś czas ogłaszano tam mniej lub bardziej symboliczne liberalizacje. Nad Wołgą działo się jednak coś zgoła przeciwnego. Monarcha konsekwentnie umacniał swoją władzę, nie licząc się ani z ludźmi, ani z realiami — stopniowo odbierając głos podbitym narodom. Taki los spotkał również Polaków, zwłaszcza po klęsce powstania styczniowego. Wymuszana rusyfikacja tłumiła w nich tożsamość i charakter, skutecznie przygaszając cechy narodowe. Pełna energia i duch odżyły dopiero pół wieku później. Mimo to — niezależnie od okoliczności — ludzie wciąż mieli marzenia, plany i nadzieje. Pragnęli lepszego życia, takiego, w którym radości przewyższają troski. Klasowy charakter społeczeństwa im tego nie ułatwiał, ale to nie oznaczało, że nie próbowali. Każda taka próba była w gruncie rzeczy formą społecznego eksperymentu.
Magdalena Buraczewska-Świątek oddaje w ręce czytelników pierwszy tom sagi Różany Jar. Akcja tej opowieści toczy się w imperium rosyjskim, a dokładniej — w Kraju Przywiślańskim. Krótko przebywamy także w Petersburgu, gdzie razem z Aleksandrą, utalentowaną pianistką i córką wpływowego wojskowego, osadzonego w strukturach władzy, zanurzamy się w atmosferę carskiego świata. Nie tam jednak rozgrywa się zasadnicza część historii. Główna bohaterka udaje się na Podlasie, do majątku matki — miejsca pełnego tajemnic, z czego niektóre, gdy tylko ujrzą światło dzienne, odmienią nie tylko jej życie, lecz także sposób postrzegania świata przez innych. Aleksandra darzy rodzinne strony matki szczególnym sentymentem, wychowana w duchu szacunku dla tradycji kraju, z którego pochodziła ta kobieta. Naturalnie więc narasta w niej moralny dylemat — kim czuje się bardziej: Rosjanką czy Polką? Odpowiedź, która pada w powieści, jest szczera i wewnętrznie spójna. Losy Aleksandry w pewien sposób przywodzą na myśl biografię Justyny z Nad Niemnem. Ona również dokonuje przewrotu — wybiera osobiste szczęście i głos serca, zamiast kierować się rozsądkiem i narzuconymi oczekiwaniami. Wie, że tylko w ten sposób może naprawdę odnaleźć siebie.
Zapewne zdążyli już się Państwo przyzwyczaić do często powtarzanego przeze mnie stwierdzenia, że historia jest jednym z kluczowych bohaterów opowieści. W przypadku tej książki muszę jednak nieco zmienić akcenty — tutaj niezwykle istotną rolę odgrywa muzyka. To właśnie dźwięki fortepianu wyznaczają rytm emocjom, słowom, rozterkom, radościom, błędom i refleksjom. Przy brzmieniu poszczególnych utworów Aleksandra, Stefan, Adam i inni bohaterowie zastanawiają się nad sensem życia, planują kolejne kroki, uspokajają się lub wybuchają emocjami. Autorka maluje muzyką, tworząc coś na kształt literackiego poematu symfonicznego. Niektóre melodie zdają się wręcz rozbrzmiewać między wersami. Warto przy tym podkreślić imponującą wiedzę autorki w zakresie muzyki, szczególnie widoczną w doborze utworów do kolejnych etapów rozwoju fabuły. Zresztą powieść o pianistce pozbawiona muzycznego tła byłaby po prostu jałowa i pozbawiona głębi. To był zabieg nie tylko przemyślany, ale wręcz niezbędny. Muzyka w tej powieści nie jest dodatkiem — to jej serce.
Dzieje majątku i walka o jego utrzymanie w polskich rękach zmuszają Aleksandrę do współdziałania ze Stefanem — silnie zaangażowanym w ruchy niepodległościowe. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Los jednak bywa przewrotny. Dziewczyna szybko przekonuje się, że to, co w Rosji mówi się o Polsce i Polakach, nijak się ma do rzeczywistości, którą poznaje w Ostrówku. Rodacy jej matki — co naturalne — mają żal do cara i pragną zmiany systemu władzy. Jednocześnie jednak szanują to, co posiadają, ciężko pracują, cieszą się każdym dniem i wierzą, że upragniona wolność w końcu nadejdzie. Podejmują walkę w imię wyższych wartości, mając pełną świadomość możliwych, tragicznych konsekwencji.
Aleksandra coraz
wyraźniej dostrzega, że carat w obecnej formie nie przetrwa, a zapowiadana
rewolucja jest nieunikniona. Czuje się Polką — zarówno z urodzenia, jak i z
wyboru. Melodia wolności to opowieść o poszukiwaniu siebie,
tożsamości i sensu życia. Historia Aleksandry i Stefana staje się w niej
swoistą metaforą Polski — z jej bolączkami, trudnościami i napięciami. To
książka o tym, jak nowoczesność przebija się przez szarość zacofania i
społecznych konwenansów. Całość wieńczy niezwykle barwna, przyciągająca wzrok
okładka, która nie tylko zdobi, ale także dopełnia opowieści. Ta lektura
wciąga i porusza — warto ją odkryć.

Komentarze
Prześlij komentarz