"Jakby go nie było" - recenzja
Jakby
go nie było | Recenzja
W dziejach świata nie brakuje postaci, które przez swoje zbrodnicze czyny na zawsze zapisały się na kartach historii. Nie trzeba daleko szukać – Lenin, Hitler, Stalin, Mao, Pol Pot, Czyngis-chan czy Hannibal. Ludzie różnych epok, motywowani w gruncie rzeczy tym samym pragnieniem: stworzenia idealnego państwa i społeczeństwa według własnej wizji. Jak to zwykle bywa, nie brakowało im zarówno zwolenników, jak i zaciekłych wrogów. Niejednokrotnie sami zainteresowani zwalczali jednych i drugich, obawiając się skrajności. A jednak – sympatie bywają silniejsze. Zazwyczaj wynikają z przekonań lub czystego pragmatyzmu. Historia ma jednak to do siebie, że jej wichry niejednego zmiotły zbyt wcześnie z areny dziejów. Dopiero wtedy okazywało się, kto wierzył w idee naprawdę, a kto tylko wykorzystywał je dla własnych celów. Bywało też, że wszystko zaszło zbyt daleko – na tyle, że nie było już szans na odwrót od przegranej sprawy.
Wspomnienie pewnego wąsatego człowieka, który osobiście kierował Związkiem Radzieckim i jego satelitami, u wielu do dziś wywołuje dreszcz – albo zimny pot. Trudno się temu dziwić. Człowiek ten nie cofał się przed niczym, by osiągnąć sukces lub walczyć z własnymi urojeniami. Jedno jego spojrzenie mogło oznaczać akt łaski albo wyrok śmierci – wszystko zależało od okoliczności, nierozerwalnie związanych z aktualną linią partii. Do dziś są tacy, którzy czasy jego rządów wspominają z pewnym sentymentem. Choć trudno to pojąć, taka właśnie jest rzeczywistość. Sam widziałem w telewizji reportaż o tym, że w pewnym rosyjskim miasteczku znajduje się cerkiew, a w niej ikona Józefa Dżugaszwilego. Przyznam, że byłem zszokowany. Tak samo jak wiadomością, że prawosławni chcą beatyfikować Iwana Suworowa. Cóż – każdy kraj ma prawo do kształtowania własnej polityki historycznej, choć czasem może ona przybierać formy, delikatnie mówiąc, irracjonalne. Kim byli obaj panowie, Polacy wiedzą aż za dobrze. Wszystko zależy jednak – jak zawsze – od punktu widzenia.
Marek Ławrynowicz w swojej książce sięga po pomysł równie abstrakcyjny – a może wcale nie tak oderwany od rzeczywistości. W pewnej mazurskiej wsi dochodzi do morderstwa – rzecz dotąd niespotykana w tym spokojnym zakątku. Ofiarą jest Kazimierz Łyczuk, któremu przy okazji wycięto z torsu spory fragment skóry. Nasuwa się naturalne pytanie: po co? Odpowiedź okazuje się zaskakująca. W tym właśnie miejscu Łyczuk miał pokaźnych rozmiarów tatuaż przedstawiający „ojca i opiekuna bratnich krajów socjalistycznych”. Intrygujące, prawda? Ten fakt uruchamia lawinę pytań o motywy sprawcy – i o odwagę lub desperację, jaka za tym czynem stała. Aby je odkryć, ruszamy tropem lokalnego dziennikarza, który krok po kroku próbuje rozwikłać tajemnice życia zamordowanego. W tym celu musi cofnąć się aż do początków socjalizmu w Polsce – bo tam właśnie zaczyna się ta opowieść.
Łyczuk szczerze wierzył w komunistyczną wizję świata. Dostrzegał w niej szansę na lepsze życie – dla siebie i swojego pokolenia. Z tego właśnie powodu wstąpił do Służby Polsce, a później został przodownikiem pracy. Był z tego dumny. Pewnego dnia, z tylko sobie znanych powodów – wśród których niemałą rolę odegrał alkohol, o czym przekonacie się sami – postanowił wytatuować sobie na torsie wizerunek „ojca narodów”. Jak się później okaże, padł ofiarą sprawnie przeprowadzonej manipulacji. Ten osobliwy tatuaż stał się dla niego czymś w rodzaju drogowskazu. Dopóki wiatr historii wiał we właściwym kierunku, Łyczuk cieszył się awansem społecznym – rozmawiał z idolem na Kremlu, pisano o nim książki, stawiano za wzór. Po marcu 1953 roku moneta się odwróciła. Doświadczył, czym są kazamaty UB i zakulisowe rozgrywki polityczne. Od początku był traktowany jak marionetka, przeznaczona do użycia w odpowiednim momencie. Traktowano go tak, jakby w ogóle nie istniał. On sam nie mógł tego wiedzieć. Był tylko prostym chłoporobotnikiem – ale z czasem się domyślił. Zrozumiał, jak bardzo był naiwny. Ten jeden wybryk – wykonany pod wpływem chwili – okazał się jego fatum. Nieuchronnym, jak w klasycznej greckiej tragedii. Osobiście – bardzo mi go żal.
Marek Ławrynowicz opowiada historię życia głównego bohatera w sposób nietypowy – w dużej mierze poprzez wspomnienia osób, które były z nim w jakiś sposób związane. Poznajemy relacje oficera bezpieki, pisarza, współpracownika z fabryki, kolegi z PGR-u, a także proboszcza jednej z parafii. Każdy z nich rzuca na zamordowanego inne światło, choć w tle wyczuwalna jest wspólna nuta – silna niechęć. Niektórzy jednak okazują cień skruchy, ubolewając, że wtedy postąpili tak, a nie inaczej. Intrygujące jest to, że mimo tragicznego charakteru książki, nie brak w niej humoru – subtelnego, wynikającego z dystansu czasowego wobec opisywanych wydarzeń. To, co kiedyś uchodziło za niewyobrażalne, dziś budzi uśmiech. Mam tu na myśli zwłaszcza prostolinijne, a chwilami wręcz groteskowe rozumowanie partyjnych funkcjonariuszy i ubeków. Spisek był dla nich wyjaśnieniem każdej sytuacji. Być może dlatego w całej opowieści zabrakło mi nieco mocniejszego zaakcentowania mroku czasów stalinowskich.
Skupiając się na losach
młodego traktorzysty, autor nieco odsuwa na dalszy plan samą zbrodnię i jej
sprawcę. Zakończenie jest na tyle niespodziewane,
że naprawdę trudno je przewidzieć – chyba nikt by się go nie domyślił. Co
więcej, pozostawia otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji. Jakby go nie
było to książka, która trafi do czytelników w każdym wieku, choć młodsi mogą potrzebować wsparcia w zrozumieniu
niektórych wątków. Najważniejszy pozostaje jednak morał: z wyrzutami sumienia
nie da się wygrać.

Komentarze
Prześlij komentarz