"W ramionach ułana" - recenzja


 

                                       „W ramionach ułana” | Recenzja

Przybyli ułani pod okienko… Kawaleria to jedna z tych formacji wojskowych, które – choć czasy swojej świetności ma już dawno za sobą – wciąż budzi nieskrywany sentyment. Jako spadkobiercy ciężkozbrojnych wojów Mieszka i Bolesława, a później arcyodważnej husarii, nie mogli nie wywoływać podziwu. Żołnierze tej formacji odznaczali się nie tylko walecznością, ale też poczuciem humoru, obowiązkowością, prezencją i kurtuazją. Było w nich jednak coś jeszcze – ta niemal mityczna, legendarna więź człowieka z koniem. Tylko u nas koń był – i nadal jest – otaczany tak wielką estymą. Czas ułanów przeminął, lecz ich legenda trwa, czego najlepszym dowodem jest ta książka. Niezmiernie się cieszę, że dane mi było ją przeczytać.

Książka pani Magdaleny Stykały, była chyba pierwszą w tym roku, którą przeczytałem z wyraźnie przyspieszonym biciem serca, głębokim wzruszeniem i autentycznym poczuciem, że trafiłem na coś, na co naprawdę czekałem. Zakochałem się już w samej okładce. Przed oczami stanął piękny ułan w niemal perfekcyjnie odwzorowanym mundurze z lat 30., w towarzystwie rumaka i urodziwej białogłowy. Podskórnie przeczuwałem, że to ciepła opowieść o świecie, którego już nie ma, a który miał w sobie coś, za czym – przynajmniej ja – głęboko tęsknię i którego braku żałuję. Te szlachetne dworki, panowie w garniturach, panie w idealnie skrojonych sukienkach, dzieci mogące liczyć na wsparcie rodziców, spokój, radość życia – a może przede wszystkim odrodzona ojczyzna. Chciałbym, choć na jeden dzień przenieść się w tamten czas i zaczerpnąć tej atmosfery, której nie da się chyba porównać z żadną inną. Przeczucie mnie nie zawiodło. Nie pomyliłem się ani o włos. Wpadłem w lekturę jak w piękny sen i trwałem w nim przez całe Święta Wielkanocne. Nie żałuję ani chwili.

 

Kilka razy w miesiącu uczestniczę w zajęciach hipoterapeutycznych. Choć w tym roku skończyłem trzydzieści lat, za każdym razem, gdy siedzę w siodle, wyobrażam sobie siebie w ułańskim mundurze, z szablą w dłoni. Lata obcowania z historią zrobiły swoje. Podobne emocje towarzyszyły mi podczas lektury tej książki. Zastanawiałem się, czy mógłbym być takim kawalerzystą. Pewnie nie, ale czym byłoby życie bez marzeń? W ramionach ułana okazała się dla mnie prawdziwym balsamem – sprawiła, że przeszłość nabrała realnych kształtów, a ja z zapartym tchem czekałem na rozwój wydarzeń. Oto Agata Tęczyńska – młoda kobieta wchodząca w dorosłość, przyszła studentka weterynarii, pochodząca z dobrze prosperującego domu zajmującego się hodowlą koni na potrzeby wojska – pewnego dnia bez pamięci zakochuje się w Aleksandrze Orszańskim, obiecującym młodym oficerze. Oddaje mu całe swoje serce – i znacznie więcej. Niestety, jej nadzieje zostają rozwiane, gdy okazuje się, że Aleksander ma już narzeczoną. Choć jej nie kocha, do ślubu musi dojść – to w końcu kwestia honoru.

Oboje wiedzą, że nikogo nie pokochają już tak głęboko, a każda kolejna miłość będzie jedynie namiastką – sztuczną, wyblakłą próbą zapomnienia. I rzeczywiście tak się dzieje: on nie kocha swojej żony, jest z nią wyłącznie z poczucia obowiązku, co sprawia, że oboje są nieszczęśliwi. Ona z kolei w pewnym sensie igra z kolejnymi mężczyznami – rzecz jasna ułanami – doszukując się w każdym z nich cząstki tamtego jedynego, próbując odnaleźć spokój. Wraz z główną bohaterką poznajemy również jej rodzinę, dla której tradycje wojskowe mają ogromne znaczenie, a także Wilno, Lwów, Bydgoszcz i Poznań – czyli: solidna porcja przedwojennej II Rzeczypospolitej.

W związku z tytułem książka byłaby niepełna, gdyby Autorka nie wprowadziła nas w świat żołnierzy tej przesympatycznej formacji – co czyni zresztą znakomicie. To zupełnie inne otoczenie: pełne konwenansów, zasad, regulaminów i wysokich standardów kultury osobistej. Najważniejsza była jednak zasada 3K – konie, koniak i kobiety – i tylko w takiej kolejności. Autorka w niezwykle plastyczny sposób ukazuje codzienność oficera, odsłaniając przed czytelnikiem reguły rządzące jego życiem. W tamtych czasach służba wojskowa wiązała się z prestiżem. Pierwsze pokolenie urodzone już bez batów zaborcy nad głową traktowało mundur jak formę wdzięczności wobec ojczyzny – i tym chętniej wstępowało w szeregi armii. Również w książce służba niemal nie ma mankamentów – przeciwnie, jawi się jako powód do dumy. Koszary stanowią świat zamknięty, dostępny wyłącznie dla wybranych, zwłaszcza w jednostkach kawaleryjskich. Szkoła Kawalerii w Grudziądzu do dziś cieszy się zasłużoną, wdzięczną pamięcią.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać po wcześniejszych akapitach, W ramionach ułana nie jest powieścią śmiertelnie poważną. Ułani ukazani są tu tak, jak widziano ich w latach 20. i 30. XX wieku – nie jako ideały, lecz jako ludzie z krwi i kości. Uwodzą i dają się uwodzić, a flirt z tak urodziwą damą jak Agata Tęczyńska jawi się im jako najwyższa nagroda. Nie bez powodu śpiewamy, że „niejedna panienka i niejedna wdowa, zobaczy ułana – kochać wnet gotowa”. To nie był tylko stereotyp. Książka jest ciepła, czuła, dobroduszna, delikatna i pełna zmysłowości. Dzięki temu nadaje się dla każdego – niezależnie od wieku. To idealna lektura na wyciszenie i przeniesienie się w zupełnie inne realia, tak odmienne od współczesnych.

Gorąco polecam tę książkę paniom i panom, dziewczętom i chłopcom – bez względu na wiek. Czas spędzony z ułanami płynie wolniej. Już nie mogę doczekać się drugiego tomu, a z pewnych źródeł wiem, że jest już gotowy. Zatem – odmeldowuję się!

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja