"Kresowe marzenia" - recenzja
„Kresowe
marzenia” | Recenzja
Nie brakuje takich, którzy są przekonani, że niemal wszystko w życiu zależy wyłącznie od nich, że sami są dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. To złudzenie – wiele rzeczy dzieje się poza nami, niezależnie od naszej woli. My jedynie mierzymy się z konsekwencjami losu. Już starożytni znali przecież pojęcie fatum, które prześladowało bohaterów antycznych tragedii. Podobnie nie mamy wpływu na czas, w którym przyszło nam żyć. Możemy jedynie próbować się w nim jakoś odnaleźć. Czasem trafiają się lata szczęśliwej arkadii, innym razem – koszmar wojny, holokaustu, prześladowań i innych okropności, które nam, współczesnym, są znane głównie z podręczników. Bohaterowie Kresowych marzeń przeżyli je jednak naprawdę – i to właśnie te doświadczenia miały przełomowy, wręcz zdecydowały o ich losach.
Jeszcze jako student historii, kiedy przygotowywałem się do zajęć, przeczytałem omówienie wyników pewnego badania socjologicznego. Wynikało z niego, że w Polsce nie ma rodziny, której w jakikolwiek sposób nie dotknęła tragedia II wojny światowej. Dziś widać to jeszcze wyraźniej – chociażby po liczbie stron internetowych o nazwach typu „poszukuję swoich przodków”. Inna konkluzja z tamtego badania była równie wymowna: na tle niemal wszystkich krajów europejskich historia Polski okazuje się szczególnie inspirująca. Przez ponad sto lat nasz kraj właściwie nie istniał, a okupanci robili wszystko, by wyniszczyć naród na wielu poziomach. Potem, przez blisko pół wieku, znajdowaliśmy się w sowieckiej strefie wpływów – mimo tego wciąż byliśmy obecni w kulturze, sporcie, religii, a nawet polityce. Lata 1939–1945 mogły zburzyć ten obraz. Hekatomba nazizmu i komunizmu była bezwzględną machiną, działającą poza granicami moralności i współczucia – a Polacy doświadczyli jej wyjątkowo boleśnie. Nie trzeba tu przytaczać wielu przykładów. Tym bardziej cieszy, że na rynku księgarskim pojawia się coraz więcej wartościowych publikacji o tamtym okresie – przedstawiających go w różnych odcieniach. Historia nie jest ani czarno-biała, ani – tym bardziej – nudna.
Sięgając po Kresowe marzenia, spodziewałem się nieco innej fabuły. Wyobrażałem sobie opowieść mocniej osadzoną w realiach działań wojennych. Autorka stworzyła świat, w który wdarła się wojna – ale go nie złamała. Zmieniła jedynie jego sens. Przez sześć lat konfliktu niemal cała uwaga społeczeństwa koncentrowała się właśnie na wojnie: analizowano wydarzenia na frontach i ich znaczenie w szerszej perspektywie. Z każdym dniem i rokiem ludność cywilna coraz bardziej odczuwała zmęczenie tym koszmarem – trudno się temu dziwić. W książce wojna bezpośrednio wpływa na losy rodziny Amirowiczów, pochodzącej z Kut – tak, z tych samych Kut, przez które polskie władze przekroczyły granicę państwową. Głowa rodziny, Michał, zostaje rozstrzelany przez Sowietów za „nieprzestrzeganie zarządzeń władz”, a jego żona z dziećmi zostają zesłani w syberyjskie śniegi.
Jednak to tylko jedna z możliwych perspektyw. Sto lat po rozpoczęciu akcji do Polski przylatuje z USA John Amirowicz, który szuka swoich korzeni. Wychowany w duchu patriotycznym przez dziadków, którzy nigdy nie mogli wrócić nad Wisłę, podąża śladami przeszłości. Podobnie jak jego przodkowie, pragnie odnaleźć miłość – uczucie, którego, jak sam przypuszcza, jeszcze nie zaznał. Wkrótce spotyka dziennikarkę Julię, która staje się jego przeznaczeniem. Krok po kroku ujawnia się prawda: nie sposób budować przyszłości bez fundamentów – nawet jeśli zostały brutalnie wyrwane z rodzinnej ziemi. Co więcej, główni bohaterowie są Ormianami – przedstawicielami barwnej, a zarazem niedostatecznie znanej polskiej mniejszości etnicznej. Obie perspektywy – czasowe i emocjonalne – spotykają się, aby po chwili się oddalić - są jednocześnie odbiciem i kontrastem. Stanowią przede wszystkim źródło wielowątkowej sagi rodzinnej, która w inny sposób nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.
Powieść Beaty Agopsowicz została napisana współczesnym, przejrzystym językiem, który nie traci literackiej wrażliwości. Przenika ją głęboka tęsknota za Polską, która odeszła wraz z pierwszymi strzałami o świcie 1 września. We wszystkich wątkach dotyczących – bezpośrednio lub pośrednio – rodziny Amirowiczów wyraźnie odczuwalna jest obecność wydarzeń z przeszłości. To wokół nich koncentruje się cała opowieść o dramacie II wojny światowej w polskim wymiarze. Odnosząc się do tytułu: bohaterowie nieustannie powracają myślami do Kresów – ziem jeszcze niedawno należących do Rzeczypospolitej, pełnych uroku, piękna i malowniczości. A marzenia? Pierwsze – aby miłość i ciepło rodzinnego domu trwały jak najdłużej, aby relacje były budowane na szacunku i zaufaniu. Drugie – aby koszmar wojny wreszcie się zakończył. Jak głosi napis na okładce – to pragnienia jednocześnie proste i trudne. Niestety, wojna — bezlitosna maszyna zniszczenia, pozostawia po sobie jedynie zgliszcza i rany, których nie sposób zabliźnić.
Recenzowana książka to
kolejny ważny krok w kierunku głębszego poznania przeszłości naszego kraju. Jej
odbiorcą może być każdy z nas – bo lektura skłania do refleksji
niezależnie od wieku czy doświadczenia. Historia rodu Amirowiczów przypomina
nieustannie pędzący pociąg – zostawia za sobą wspomnienia, niedopowiedzenia i
żal, których nie sposób cofnąć.

Komentarze
Prześlij komentarz