"Krakowska kołysanka. Nadzieja pośród ruin" - recenzja


               „Krakowska kołysanka. Nadzieja pośród ruin” | Recenzja

Pamięć o latach okupacji hitlerowskiej powoli się zaciera — coraz mniej osób może mówić o niej z własnego doświadczenia. Pokolenie, które ją przeżyło, odchodzi, a wraz z nim znika bezpośredni przekaz tamtych wydarzeń. Dlatego tak istotne staje się dziś gromadzenie wspomnień, relacji i wszelkich innych świadectw tamtych czasów. Historia opowiedziana przez jej uczestnika zyskuje barwę i dramatyzm, a tym samym staje się nam bliższa. Przestaje być jedynie opowieścią – staje się czymś znacznie ważniejszym. Te same cechy odnajdujemy w powieści Krakowska kołysanka. Nadzieja pośród ruin. Już od pierwszych stron towarzyszymy bohaterkom w zderzeniu z brutalnością niemieckiego terroru. Książka wstrząsa czytelnikiem, nie pozwalając zapomnieć ani jednego zdania.

Niewiele jest książek, w których granica między historyczną prawdą a fikcją literacką zaciera się tak skutecznie. Choć jako historyk potrafię wyłapywać takie nieścisłości, tym razem uznałem, że nie ma takiej potrzeby. Uspokajam jednak czytelników — nie znalazłem fragmentów, które budziłyby zastrzeżenia. Od pierwszych stron dałem się porwać opowieści, pozwalając, by prowadziły mnie losy bohaterów: ich charaktery, wrażliwość, zalety i słabości. To była dobra decyzja. Dzięki niej mogłem w pełni skupić się na wartości, jaką niesie ta książka — a ta jest naprawdę ogromna. Książka ukazuje rzeczywistość II wojny światowej z perspektywy kobiet prowadzących ochronkę dla sierot. Akcja toczy się w Krakowie — stolicy Generalnego Gubernatorstwa — nad którym, z wawelskiego wzgórza, powiewa flaga ze swastyką. Kilka dzielnic dalej Niemcy odgradzają murami żydowską część miasta. Pętla zaciska się z każdą chwilą. Brakuje jakichkolwiek sygnałów nadziei na zmianę. A jednak nasze bohaterki robią wszystko, by dać dzieciom choćby namiastkę radości i poczucia bezpieczeństwa — co w tych realiach staje się walką niemal heroiczną.

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że taką tematykę trudno ująć inaczej niż przez pryzmat cierpienia i martyrologii. Sam miałem podobne obawy — ale szybko okazały się niepotrzebne. Autorka opowiada o trudnych sprawach z wyczuciem: poważnie, ale bez patosu; emocjonalnie, ale bez przesady. Potrafi pokazać dramatyczne sytuacje w sposób prosty i przejmujący, bez moralizowania. Joanna Nowak prowadzi czytelnika przez dwa światy — życie po aryjskiej stronie i to zamknięte za murem getta. Oba są pokazane bez upiększeń, pełne napięcia, lęku i codziennych dramatów. Nie pomija miejsc takich jak więzienie przy Montelupich ani realiów okupowanego Krakowa, ale też nie epatuje brutalnością. Dzięki temu książka nie przytłacza — zostawia miejsce na emocje, ale nie narzuca ich na siłę.

Warto zwrócić uwagę na świetnie dopracowany świat przedstawiony. Czas i miejsce akcji, postacie i zdarzenia — wszystko jest przemyślane i dobrze dopasowane do charakteru opowieści. Nie ma tu ani śladu przesady czy sztuczności. To książka bardzo realistyczna, w której łatwo uwierzyć, że bohaterowie mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. Państwo Gajewscy noszą w sobie coś z Korczaka — dobro dzieci stawiają ponad wszystko. Lekarz Mierzejewski to postać zbudowana z losów wielu ludzi, których dziś nazywamy Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Historie Wiktorka i Kazika mogłyby pochodzić z relacji dzieci dorastających w czasach wojny. Trudno też nie wspomnieć o Martinie Aignerze, który budzi skojarzenia z Wilhelmem Hosenfeldem. Na koniec zostaje Wiktoria i Bruno — para zakochanych, których szczęście przerywa data dobrze nam znana: 1 września 1939 roku. Od tej chwili ich miłość, jak wiele innych, musi zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Ta książka pokazuje, że jeśli dobrze opracuje się materiał, można stworzyć coś naprawdę wartościowego. Historia nie jest tu tłem ani dodatkiem — jest żywa, namacalna i nie da się jej zignorować.

Powieść porusza także uniwersalne kwestie, które wykraczają poza realia okupowanego Krakowa. To, co wydarza się w tej historii, mogło mieć miejsce w wielu innych miastach — czasem głośno, częściej po cichu. Wojna obnażyła prawdę o ludziach. Pokazała ich wybory, granice odwagi i strachu. Większość potrafiła zachować człowieczeństwo. Ale wobec tych, którym się to nie udało — poza oczywistymi przypadkami okrucieństwa — nie powinniśmy wydawać szybkich sądów. Nie wiemy przecież, jak sami zachowalibyśmy się na ich miejscu. Po lekturze zostają w głowie dwa pytania. Na oba trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Gdzie przez te sześć lat był Bóg? I jak daleko może posunąć się człowiek — ratując drugiego lub żywiąc wobec niego nienawiść?

Powieść zadaje ważne, choć niewypowiedziane wprost pytania o moralność w czasach próby. To subtelna forma rachunku sumienia — nie jednostkowego, lecz zbiorowego. Autorka pokazuje wojnę bez retuszu, jako sytuację graniczną, w której jednak nie wszystko jest z góry przesądzone. Wskazuje, że nawet wtedy możliwe jest wyjście — o ile decyzje podejmujemy w zgodzie z sumieniem i rozsądkiem. Bo właśnie wtedy, gdy wszystko się sypie, najpełniej widać, czy potrafimy zachować szacunek i elementarne dobro wobec innych.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja