"Miłość po sąsiedzku" - recenzja
Miłość po sąsiedzku | Recenzja
Marzenie o prawdziwej miłości, która przetrwa całe życie, jest jednym z najbardziej pierwotnych pragnień człowieka. Chyba każdy z nas chciałby dzielić radości i smutki z kimś bliskim — kimś, kto nie oceni, lecz wysłucha i zrozumie. Do takiego wprowadzenia doskonale pasuje sentencja Thomasa Mertona: „Nikt nie jest samotną wyspą”. Ośmielę się wysunąć — być może nieco śmiały — wniosek, że prawo do miłości można uznać za jedno z praw człowieka. Czasem pojawia się nagle, czasem daje się przewidzieć, lecz najczęściej wymaga cierpliwości i wewnętrznego dojrzewania do pewnych decyzji. Tak właśnie było w przypadku głównych bohaterów powieści Miłość po sąsiedzku. Co ich ocaliło? Jedno, niezwykle rezolutne czteroletnie dziecko… i kilka życiowych komplikacji.
Absolutnie nie chcę zabrzmieć złośliwie, ale już po kilku stronach powieści przeczuwałem, jak potoczy się jej finał. Nie, nie sięgnąłem po ostatnią stronę — nie odebrałbym sobie tej prostej, ale istotnej przyjemności lektury. Czekałem raczej na rozwój wątków, na wyraziste cechy bohaterów, kontrasty między dobrem a złem, sytuacje przypominające życiowe dylematy — te, które z definicji nie mają jednoznacznych rozwiązań. I, trzeba przyznać, w tej kwestii nie zostałem rozczarowany. Z pewnym żalem zauważyłem jednak schematyczność fabularną. Wszystko wydaje się tu tak uporządkowane, jakby narysowane od linijki. Oni się kochają, ale żadne nie odważy się tego nazwać wprost. On wiąże się z kimś innym, lecz ich związek to fikcja — pozbawiona szczęścia i prawdziwego zaangażowania. Ona, zalękniona, wyjeżdża do dużego miasta i zaczyna nowe, skromne życie. Przeszłość przypomina jej o sobie za sprawą córki. Schemat zostaje przerwany dopiero wtedy, gdy wraca w rodzinne strony — co prawda pod wpływem zewnętrznych okoliczności, ale zyskuje dzięki temu dystans i szansę na nowe spojrzenie na własną historię. Ot, po prostu klasyczna powieść obyczajowo-romansowa.
Nie byłbym sobą, gdybym w książce nie próbował odnaleźć – albo przynajmniej sprowokować – jakiegoś wątku historycznego. Do głowy przyszedł mi tylko jeden: odwieczny dylemat, kto byłby lepszy dla Heleny – Jan czy Bohun? Każdy z nich ma przecież w sobie coś, co działa na płeć przeciwną. Jan, namiestnik husarski u księcia Jeremiego, to uosobienie takich cech jak prostolinijność, oddanie, honor, zdolność do poświęceń i stawiania dobra innych ponad własne. A przede wszystkim: spokój i odpowiedzialność. Z kolei Bohun – żywiołowy Kozak – to typ nieprzewidywalny, brutalny, pełen namiętności i brawury. Porywczy, ale gotowy na wielkie czyny, które zapewnią mu sławę i podziw towarzyszy. Zapytacie: co ma do rzeczy to porównanie? Już odpowiadam – chodzi o różnice w podejściu do życia pomiędzy Olkiem, rolnikiem pełnym zapału i szczerego zaangażowania, a Antkiem, nieco snobistycznym radcą prawnym, dla którego liczy się przede wszystkim kariera i gra pozorów. Tak, te dwa samce alfa walczą o serce Moniki. Ale tylko jeden z nich ma realne szanse.
Jednym z największych atutów powieści –
celowym czy nie – jest anonimowość czasu i miejsca akcji. Właściwie nie
wiemy, gdzie dokładnie rozgrywają się wydarzenia. Jedyne, co można uznać za
pewnik, to fakt, że rodzinne strony Moniki i Olka dzieli od jej obecnego
miejsca zamieszkania nieco ponad 250 kilometrów. Ten zabieg sprawia, że
historia zyskuje uniwersalny charakter – mogłaby wydarzyć się wszędzie i o
każdej porze. Dodatkowym walorem jest tematyka, która porusza sprawy bliskie
przeciętnemu odbiorcy – takie jak tęsknota, potrzeba zakorzenienia czy
poszukiwanie sensu w codzienności. W mojej opinii siłę przekazu wzmacnia także delikatna idealizacja życia na wsi.
Olek prowadzi znakomicie prosperujące gospodarstwo rolne, rodzinie Moniki
tęskno do korzeni, a ona sama – jako wykwalifikowany weterynarz – odnajduje się
w wiejskim krajobrazie jakby wracała na swoje miejsce. I to wcale nie przez
przypadek. Taki finał był właściwie nieunikniony: sielski, anielski, wręcz
idealny.
Nie mogę nie wspomnieć o małej Kornelii, którą krótko scharakteryzowałem już na wstępie. Dziewczynka wnosi do powieści – i tak już pełnej radości – dodatkowy koloryt, którego nie sposób przeoczyć. Niektóre z jej wypowiedzi trafiają prosto w serce i w punkt – są tak celne i poruszające, że trudno cokolwiek dodać. Jej rezolutność i naturalność – typowa dla przedszkolaka – stanowią wyraźny kontrast wobec pozorów, które na początku akcji stara się utrzymać mama Moniki. A potem także wobec postawy Antka, który, owszem, nigdy Kornelii nie odtrącił, ale – jak sama przyznała – nigdy też nie czuła się przez niego zauważona. Dopiero Olek pokazał jej, że może być inaczej. To właśnie Kornelia przypomina, że marzenia się spełniają, a kłamstwo – prędzej czy później – wychodzi na jaw.Dziecko potrzebuje przede wszystkim miłości, akceptacji i zrozumienia, ale także pełnej rodziny. Bo, jak śpiewała Arka Noego: „Mama to nie jest to samo co tato”.
Czy Miłość po sąsiedzku ma jakieś
niedociągnięcia? Jedno, o którym muszę wspomnieć, to nieco zbyt częsta
powtarzalność dwóch wydarzeń z przeszłości: tej jednej nocy, która zmieniła
wszystko, oraz stanu psychicznego Moniki między momentem zajścia w ciążę a
porodem. Naprawdę – wystarczyło wspomnieć o tym sugestywnie kilka razy. Nie
trzeba wracać do tych scen co 20–30 stron. Nie zmienia to jednak faktu, że
młoda lekarka, podejmując takie, a nie inne decyzje, miała ku temu swoje powody
– a rolą czytelnika nie jest osądzać, lecz rozumieć. W końcu Olek także nie był
bez winy – choć stopień jego świadomości winy był zupełnie inny. Miłość po
sąsiedzku to powieść nie tylko dla kobiet. Zachęcam do lektury!

Komentarze
Prześlij komentarz