"Woda i ziemia" - recenzja


 

                                        „Woda i ziemia” | Recenzja

Nasze życie to nieustanny ciąg wyborów i decyzji. Część z nich wydaje się zupełnie zwyczajna, inne wynikają z obowiązków zawodowych czy zobowiązań rodzinnych. Każda niesie ze sobą konsekwencje, których prędzej czy później doświadczymy. Czasem skutki pojawiają się nawet wtedy, gdy próbujemy się od decyzji uchylić. Ucieczka w nieskończoność nie jest możliwa. Warto więc zatrzymać się na moment i zadać sobie pytania: co chcę osiągnąć tym wyborem? Do czego mnie on poprowadzi? Co dzięki niemu zyskam? A przede wszystkim – co mogę przez niego stracić? Z podobnymi dylematami mierzą się bohaterowie nowel Johna Boyne’a, który postanowił przyjrzeć się temu, co tworzy wielowymiarowy portret człowieczeństwa. Zanurzmy się w tę opowieść wspólnie. Może dać nam więcej, niż się spodziewamy – a to jedna z najcenniejszych cech dobrej literatury.

Woda i ziemia to książka inna niż wszystkie. Owszem, znajdziemy w niej spójną fabułę – a nawet dwie – wyrazistych bohaterów, klasyczne zawiązanie i rozwiązanie akcji, a także wiele cech indywidualnych. Mimo to są to teksty wyjątkowo przemyślane. Takie, które nie powstają z dnia na dzień ani w przypływie chwili. Mam wrażenie, że Autor dłużej zbierał i analizował materiały, niż pisał samą opowieść. Już po kilku stronach widać wyraźnie, że oba opowiadania niosą ze sobą potężny ładunek emocjonalny, problemowy i społeczno-obyczajowy. To nie są historie „o niczym”. Przeciwnie – są o nas wszystkich razem i o każdym z osobna. Wielu czytelników z łatwością odnajdzie się w skomplikowanej historii życia dwojga głównych bohaterów: Vanessy Carvin i Evana Keogha. Obrazy zawarte w tej prozie na długo zapadają w pamięć, wywołując lawinę pytań – także tych najważniejszych: czy to, co robię, ma jakikolwiek sens? A może jedynie dryfuję, czekając na nieunikniony koniec.

W książce znajdziemy dwa odrębne opowiadania. Naturalnie czytałem je osobno, analizując każde pod różnymi kątami. Choć w wielu aspektach są podobne, różnią się warstwą artystyczną – a przede wszystkim perspektywą spojrzenia na wydarzenia i stylem prowadzenia narracji. Każdy z bohaterów został obdarzony indywidualnymi cechami osobowości, stanowiąc odrębną konstrukcję psychologiczno-sceniczną. Oboje mierzą się jednak z problemami, które – w mniejszym lub większym stopniu – sami sobie stworzyli. Oba opowiadania wyraźnie ukazują delikatną, trudną do jednoznacznego określenia granicę między poczuciem winy a przekonaniem – momentami wręcz pewnością – o własnej niewinności. Główne postaci zderzają się z wyrzutami sumienia, zdając sobie jednocześnie sprawę, że ich wina istnieje tylko w takim stopniu, w jakim same ją uznają. W efekcie funkcjonują jakby w zawieszeniu – na niepewnej granicy obu tych stanów.

Kontynuując, trzeba przyznać jedno – Woda i ziemia ukazuje tę często niedostrzegalną, lecz obecną w każdym ciemną stronę człowieczeństwa. Pełną sprzeczności, gwałtownych emocji, pierwotnych instynktów oraz działania opartego na prostym rozumowaniu – na hormonach ucieczki i przetrwania. Z tej perspektywy mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że oba opowiadania mają charakter uniwersalny. Choć są osadzone w konkretnym czasie i miejscu, opowiadają o doświadczeniach, które każdego dnia rozgrywają się gdzieś na świecie. Zgryzoty bywają różne – te opisane przez Johna Boyne’a to jedynie pewien przykład – ale ich konsekwencje i dalsze refleksje są niezwykle wymowne. Pomimo upływu lat, w wielu kwestiach niewiele się zmieniło. Nadal zmagamy się z niesprawiedliwością i odrzuceniem. Wciąż prosimy o wysłuchanie, zrozumienie, jedno słowo wsparcia – a tak rzadko je otrzymujemy. I wtedy łatwo wpaść w ten sam natłotk myśli, w którym tkwią mężczyzna i kobieta z obu historii. Wiemy, że tak być nie powinno. A jednak – jest, jak jest. I nic nie zapowiada zmiany.

Pisarz – co naturalne – osadza akcję w irlandzkich realiach. Robi to jednak z taką literacką finezją i bogactwem środków wyrazu, że trudno przejść obok tego obojętnie. Widać tu zarówno jego wieloletnie doświadczenie, jak i głęboką wrażliwość. To nie jest pisanie dla  pisania, ograniczone jedynie do przekazania tego, „co autor miał na myśli”. Nie o to tu chodzi. Zastosowane środki artystyczne mają uwrażliwiać czytelnika, przekonać go, że świat przedstawiony nie jest ani czarno-biały, ani jednolicie szary. Bez tej warstwy językowej książka byłaby zwyczajnie uboga – pozbawiona tej siły oddziaływania, która sprawia, że czyta się ją błyskawicznie i z trudem odkłada na bok. Warto podkreślić, że w żadnym momencie John Boyne nie wymaga od czytelnika akceptacji własnej perspektywy. Nie usprawiedliwia przedstawianych postaci, nie wciela się w rolę sędziego, prokuratora ani adwokata. Zostawia tę przestrzeń nam – i to właśnie jest znakomite.

Odbiór tych dwóch opowiadań może być różny – wszystko zależy od nastawienia, z jakim po nie sięgniemy, i od tego, czego sami już w życiu doświadczyliśmy. Jednego jestem jednak pewien: nikogo nie pozostawią obojętnym wobec tego, co się w nich przeczyta. To jedna z tych publikacji, które – parafrazując mistrza z Nowogródka – wyraźnie pokazują, że „czucie i wiara przemawia silniej niż mędrca szkiełko i oko”. Literatura ma moc kształtowania postaw i wskazywania kierunków działania. Powieść Johna Boyne’a doskonale się w ten nurt wpisuje.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja