"Narzeczona rewolucjonisty" - recenzja

 

                    „Narzeczona rewolucjonisty” | Recenzja

Przełom XIX i XX wieku to prawdziwa rewolucja — i to w pełnym znaczeniu tego słowa. Do dobrze znanej rewolucji przemysłowej, napędzanej postępem technologicznym, dołączyły kolejne: społeczna i polityczna, które niekiedy okazywały się jeszcze bardziej angażujące i burzliwe. Ich wzajemne oddziaływanie stworzyło swoisty tygiel idei, w którym ścierały się rozmaite postulaty, przekonania i światopoglądy. W tej dynamicznej rzeczywistości wiele osób odczuwało potrzebę odnalezienia idei bliskiej ich przekonaniom — czegoś, w co mogliby szczerze wierzyć i czemu mogliby się z pełnym zaangażowaniem poświęcić. Jedni zyskiwali na nowych porządkach, inni natomiast tracili wszystko, a przynajmniej bardzo wiele, zatracając się w ideologicznych sporach i bezkompromisowych ocenach otaczającego ich świata. To właśnie w takiej rzeczywistości Hanna Żarska znalazła się na życiowym zakręcie.

Rozpoczynając recenzję kolejnego tomu Sagi Warszawskiej, muszę otwarcie przyznać się do swojej nieobiektywności w jej ocenie. Już od pierwszego tomu, który przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem, nie mogę wyjść z podziwu — zarówno nad samym pomysłem pani Katarzyny, jak i nad sposobem jego realizacji. Dawno nie spotkałem powieści tak lekkiej, przyjemnej i bliskiej czytelnikowi w każdym wieku, a jednocześnie niosącej, w tej swojej zwykłości i bez zbędnego patosu, opowieść o wartościach, patriotyzmie, historii Polski, porażkach oraz codzienności społeczeństwa, które siłą rzeczy nie mogło już pamiętać wolnej ojczyzny. Co równie istotne, narracja prowadzona jest w obrębie różnych grup społecznych — od szlachty i arystokracji, przez inteligencję i zesłańców, aż po robotników i fabrykantów (jak ma to miejsce w obecnym tomie). Wszystkie części cyklu splecione razem tworzą wartościową panoramę przeszłości, w której każdy czytelnik znajdzie coś, co go zaintryguje lub poruszy. Coś, co zainspiruje go do sięgnięcia po kolejną część — a tych, na szczęście, jest naprawdę wiele.

Zofia, wdowa po Felicjanie Żarskim, nadal nie pogodziła się z jego tragiczną śmiercią. Jej jedyną prawdziwą radością pozostały dwie rzeczy – córka Hanna oraz praca przy projektowaniu sukien. Problem pojawił się w momencie, gdy odwróciła swoje priorytety, co o mały włos nie doprowadziło do tragedii. Oto jej córka, szukając w życiu czegoś wielkiego, uległa fascynacji młodym ideologiem socjalizmu, który miał sporo na sumieniu i nie był tym, za kogo się podawał. Zakochana dziewczyna widziała niewiele poza siłą własnego uczucia. Wyobrażacie sobie Państwo ten mezalians, który wisiał w powietrzu? Tę prawdziwą tragedię? Pamiętajmy – wciąż jesteśmy w XIX wieku. Pewne normy były wtedy jeszcze nie do przekroczenia. Finału oczywiście nie zdradzę, by nie pozbawić Państwa przyjemności czytania. Mogę jedynie powiedzieć, że Narzeczona rewolucjonisty różni się nieco od poprzednich części, choć w swojej istocie pozostaje z nimi spójna. W moim odczuciu jest nawet bardziej familijna niż wcześniejsze tomy, choć akcenty w całym tekście rozłożone są bardzo różnorodnie. Każdy wątek został jednak solidnie rozwinięty, bogaty w walory artystyczne, a co dla mnie szczególnie istotne – również historyczne. Tak, tak jak zawsze.

Dziękuję Autorce za to, że mimo rozwoju akcji w czasie, wciąż koncentruje się przede wszystkim na historii, a nasi bohaterowie w sposób naturalny stają się uczestnikami wydarzeń, które znamy z podręczników. Dzięki temu przeszłość staje się bliższa, bardziej zrozumiała i przystępna. Przestaje być jedynie zbiorem dat i faktów, a staje się przestrzenią, w której toczy się życie we wszystkich jego wymiarach – ludzie się rodzą, dojrzewają, zakochują, umierają, a historia nieustannie płynie dalej. Ten niezwykle prosty, a zarazem uniwersalny obraz dziejów wypływa bezpośrednio z lektury. Co więcej, pozostajemy wciąż w obrębie jednej rodziny, choć śledzimy już losy kolejnych pokoleń. To również ułatwia odbiór – nie trzeba doszukiwać się ukrytych znaczeń czy odniesień. Zastanawiam się, czy pierwowzorami niektórych postaci jest rodzina Pani Katarzyny. Myślę, że w pewnym sensie – tak.

Po ulicach Warszawy, zadzierając wysoko głowy i chełpiąc się swoją władzą, wciąż przechadzają się Rosjanie, wzbudzając powszechną nienawiść do wszystkiego, co carskie. Pewne nadzieje wiązane są ze śmiercią Aleksandra II w zamachu, choć wiele z tego, co się mówi, przypomina wróżenie z fusów. To przecież my znamy bieg historii, a bohaterowie czekają na nadchodzące wydarzenia w niepewności. W stolicy Kraju Przywiślańskiego pojawiają się telefony, wodociągi, kanalizacja, latarnie gazowe, a nawet konne tramwaje. Postęp technologiczny nie przysłania jednak tego, co najistotniejsze – trwającej walki o wolność. Tylko jak ją prowadzić? Dalej w romantycznym uniesieniu, czy już w duchu pozytywistycznym – poprzez spokojną, systematyczną pracę na rzecz rozwoju i poprawy losu najuboższych? Są jednak miejsca, gdzie takie pytania schodzą na dalszy plan. Miejsca sielskie i spokojne – jak Jegliszki i wszystko, co się tam dzieje. To prawdziwa Arkadia.

Czas, nawet ten literacki, biegnie nieubłaganie. Nieuchronnie zbliżamy się wraz z rodziną Żarskich do roku 1914 – momentu, który wszystko odmieni. Nie uprzedzajmy jednak faktów, pozwólmy sobie jeszcze nacieszyć się lekturą Narzeczonej rewolucjonisty. To podróż do świata jednocześnie odległego i zaskakująco bliskiego. Świata, który zarazem przyciąga i odpycha. To rzeczywistość, w której burżuazja nie dostrzega problemów biedoty, a jedynie nieliczni, obdarzeni oświeconym umysłem, próbują coś zmienić – choć czasem, jak Haneczka, mogą się pomylić. A takie błędy bywają bardzo ryzykowne.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja