"Maria Walewska. Ofiara miłości" - recenzja



                         „Maria Walewska. Ofiara miłości” | Recenzja 

Zasadniczo historia opiera się na trzech filarach: czasie, wydarzeniach oraz postaciach. Aby wszystko razem zagrało, te elementy muszą być spójne. W przeszłości pojawiały się postaci znane z różnych powodów – dobrych lub złych – główni bohaterowie, nierozerwalnie związani z daną epoką, a także cała gama postaci epizodycznych, pojawiających się tylko raz, lecz niezwykle istotnych. Istnieje też kategoria osób, które zapisały się w pamięci potomnych w inny sposób niż walką z mieczem w ręku – poprzez decyzje polityczne lub dokonania artystyczne. Do tej grupy należy legendarna Pani Walewska – kobieta, która zawładnęła sercem Cesarza Francuzów. Jej biografia to połączenie prawdy i literackiej fikcji, a Bartosz Pietrasik postanowił dotrzeć do sedna tej historii. W moim przekonaniu jego działania zakończyły się sukcesem.

Znamy się z autorem całkiem dobrze – studiowaliśmy razem ten sam kierunek. Mogę śmiało stwierdzić, że obaj jesteśmy pasjonatami historii i z prawdziwą miłością podchodzimy do przeszłości. Do dziś z uśmiechem wspominam nasze biograficzne dyskusje: kto był lepszy – Napoleon czy Józef Piłsudski? Wielokrotnie nasze przerzucanie się argumentami, niekiedy żartobliwymi, wywoływało uśmiech na twarzach kolegów z roku i wykładowców. Żaden z nas nie chciał ustąpić – ja, zagorzały piłsudczyk, i Bartek – zapalony bonapartysta, przypominający nieco młodszą wersję Ignacego Rzeckiego (choć bez hiszpańskiej bródki). Mimo że każdy z nas pozostał przy swoim zdaniu, darzymy się sympatią. Dlatego wcale mnie nie zdziwiło, że mój kolega popełnił książkę o epoce napoleońskiej – a zwłaszcza o Marii Walewskiej. Wiedziałem, że nad czymś pracuje, a temat mogłem obstawić niemal w ciemno. Spodziewałem się jedynie, że publikacja będzie nieco obszerniejsza. Muszę przyznać, że ocenianie pracy kogoś, kogo dobrze się zna, nie jest łatwe i wymaga spokoju oraz rozwagi. Nie można tego robić pochopnie – z wielu powodów.

Na wstępie chciałbym podkreślić dwie umiejętności widoczne w książce, które Autor wypracował jeszcze w czasie studiów, a które w tym przypadku zostały zastosowane w sposób bardzo udany. Pierwszą z nich jest umiejętność formułowania pytań badawczych i szukania na nie odpowiedzi w materiale źródłowym. W każdym rozdziale znajdziemy ich po kilkanaście – i żadne nie pozostało bez odpowiedzi. W tym samym kontekście należy odczytywać w pełni udaną próbę oddzielenia faktów od opinii oraz rzetelnych podstaw historiograficznych od fikcji i mitów narosłych wokół postaci Marii Walewskiej. To zadanie niezwykle trudne i żmudne, przede wszystkim ze względu na liczne naleciałości interpretacyjne i braki w materiale źródłowym. Autor mógł opierać się jedynie na tym, co już zostało ustalone lub wiarygodnie obalone – przez wiele lat od pierwszej biografii kochanki Napoleona nie pojawiły się bowiem żadne przełomowe ustalenia, i to z różnych powodów. Z kronikarskiej rzetelności warto również wspomnieć o doskonałej umiejętności posługiwania się tekstami epoki – o różnym charakterze i stopniu wiarygodności – oraz o dogłębnej znajomości samej epoki. Bitwy, daty, postanowienia traktatów, tajne narady, nazwiska generałów – żaden z tych elementów nie stanowi dla Bartka tajemnicy.

Wbrew powszechnej opinii Maria Walewska była kobietą na wskroś nieszczęśliwą. Jej małżeństwo od początku było nieudane – wręcz koszmarne – ponieważ zostało wymuszone przez okoliczności. Po lekturze książki można odnieść wrażenie, że sam romans z „bogiem wojny” również nie zrodził się z porywów serca (choć nie można ich całkowicie wykluczyć), lecz przynajmniej z jednej strony stanowił chłodną kalkulację, obliczoną na konkretne korzyści. Mówiąc wprost – Maria miała być „kartą przetargową” sprawy polskiej w alkowie Korsykanina. Po zaaranżowaniu relacji oboje zapałali do siebie uczuciem – choć o różnym natężeniu. Dla Cesarza była ona jedynie kolejną zdobyczą, choć prawdopodobnie najbardziej przez niego kochaną. Dla Marii Walewskiej Napoleon jawił się natomiast jako bohater, synonim sławy i potęgi – ktoś, kogo należy wielbić, szanować i wychwalać. Wiele informacji o ich wzajemnym zaangażowaniu dostarcza cytowana w książce korespondencja. Maria zyskała wiele, rodząc „małemu kapralowi” syna, jednak w ostatecznym rozrachunku przegrała z polityką i ambicją Francuza. Podtytuł książki ma więc pełne uzasadnienie – okazała się ofiarą miłości.

Dokonując pewnego bilansu zysków i strat, Maria Walewska poświęciła wiele – reputację, szczęście osobiste, plany, szacunek społeczny oraz wiele innych wartości, tak istotnych z perspektywy kobiety żyjącej w tamtej epoce. Czy coś zyskała? Owszem – nieśmiertelną legendę, zainteresowanie kolejnych pokoleń, aurę tajemniczości oraz trwałą obecność w zbiorowej pamięci. Dowodów nie trzeba długo szukać – niemal w każdym polskim mieście znajdzie się zakład fryzjerski lub kosmetyczny noszący nazwę „Pani Walewska”. Ten chwyt marketingowy ma swoje źródło w jej wyjątkowości i symbolicznej rozpoznawalności. Dość powiedzieć, że mamy do czynienia dopiero z trzecią pełnoskalową biografią Marii Walewskiej – i prawdopodobnie pierwszą fabularyzowaną.

Pod względem warsztatowym trudno tutaj cokolwiek zarzucić. Styl, język i aparat naukowy są dostosowane do gatunku, a sama narracja nie skupia się wyłącznie na granicach życia głównej bohaterki. Przeciwnie – uwaga poświęcona jest także niuansom, mniej znanym faktom i ich powiązaniom z wielką historią, jak wyprawa Wielkiej Armii na Moskwę, zesłanie Cesarza czy jego stosunek do Polski i Polaków. Postać Marii Walewskiej każdy powinien ocenić według własnych kryteriów. Książka w tym jedynie pomaga – Autor nie narzuca swojego punktu widzenia, nie wymusza jednoznacznych ocen. Niech to będzie puentą i jednocześnie zachętą do lektury, która naprawdę wciąga.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja