"Granica wolności" - recenzja
Lokalna historia często stanowi pierwszy impuls do zainteresowania się przeszłością. Im bardziej jest intrygująca lub złożona, tym lepiej. Piszę to z perspektywy nauczyciela żyjącego w XXI wieku, który pragnie, aby jak najwięcej uczniów polubiło jego przedmiot. Gdybym jednak urodził się na terenach przygranicznych i był świadkiem ich niełatwej drogi powrotu do ojczyzny, zapewne patrzyłbym na to inaczej. Autorka recenzowanej książki znakomicie przełożyła wybrane fakty z historii swojej okolicy na wciągającą powieść. Czasem naprawdę nie potrzeba opasłych tomów, by zafascynować czytelnika – i tak właśnie jest w tym przypadku.
Okres, który nastąpił po zakończeniu działań wojennych w 1918 roku, z pewnością nie należał do łatwych. Co prawda upadły stare imperia, a znienawidzony porządek wiedeński przestał obowiązywać, jednak na mapie Europy pojawiło się ponad dziesięć nowych państw, którym należało wytyczyć granice i „przydzielić” ludność. Nie wspominam już nawet o fundamentach gospodarki czy strukturach życia społecznego. Słusznie domyślają się Państwo, że największe trudności wiązały się z mniejszościami narodowymi oraz z tymi obywatelami, którzy żyli w wielopokoleniowych, mieszanych narodowościowo rodzinach lub małżeństwach. W takich przypadkach niezwykle trudno było wypracować kompromis — nie tylko logiczny, ale i sprawiedliwy. Bo na jakich zasadach miałby się on opierać? Jakie kryteria należało wziąć pod uwagę? Jak wytłumaczyć decyzje mocarstw tym, którzy od pokoleń mieszkali na danym terenie i czuli się Polakami — lub przeciwnie — ale mimo to żyli w zgodzie ze swoimi sąsiadami? Mapę można przeciąć na pół, lecz relacji międzyludzkich już nie. Być może — między innymi z tego powodu — sztucznie narzucony ład wersalski przetrwał zaledwie dwie dekady.
Nieświadomą ofiarą polityki „wielkiej piątki” staje się główna bohaterka powieści – Konstancja. Poza ojcem nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Jej rodzina jest mieszana – babcia jest Niemką, dziadek stara się nie angażować, brat odczuwa potrzebę udziału w powstaniu wielkopolskim i otwarcie mówi o polskości rodzinnej ziemi, a matka udaje egzaltowaną damę, choć nie ma ku temu żadnych podstaw. Jakby tego było mało, w niemal baśniowy sposób – podczas balu – zakochuje się w niej Franz Haak, syn niemieckiego burmistrza miasteczka. Co ciekawe, oboje mają silne charaktery, ukształtowane przez życiowe doświadczenia, i potrafią stanowczo bronić własnych racji. To właśnie z tych – i kilku innych – powodów relacja, która się między nimi nawiązuje, okazuje się tak skomplikowana. Widać jednak wyraźnie, że oboje pragną szczęścia i miłości – choć każde z nich rozumie je na swój sposób.
Jakby tego było mało, w życie młodych bohaterów wplącze się historia – bezlitosna i rządząca się własnymi prawami. Wraz z nimi, przez kilka rozdziałów, weźmiemy udział w powstaniu wielkopolskim. Co ciekawe, zobaczymy je „od przodu”, bez poprzedzającego wszystko przyjazdu Ignacego Paderewskiego do poznańskiego „Bazaru” – nieco w duchu tego, jak Kazimierz Kutz przedstawił powstania śląskie w Soli ziemi czarnej. Te fragmenty powieści są bardzo naturalne, pozbawione patosu, skupione na dwóch równoważnych aspektach: emocjonalności (wątpliwościach, strachu, lęku, przerażeniu) oraz działaniach zbrojnych – nie zawsze zakończonych sukcesem. Można podsumować tę część powieści słowami: tak niewiele, a zarazem tak wiele. Jestem przekonany, że zryw tego regionu stanowi dla Autorki jedynie punkt wyjścia do rozwoju akcji. Polskość była celem nadrzędnym – a cel, w takim przypadku, uświęca środki.
W gruncie rzeczy Granica wolności to książka smutna — nie tyle nostalgiczna, co głęboko przejmująca. Konstancja nieustannie znajduje się na granicy własnych sił. Los sprawił, że została całkowicie samotna; notabene jej jedynym przyjacielem okazuje się pustelnik. To właśnie dzięki tej relacji uświadamia sobie, że walczą w niej dwa przeciwstawne żywioły, a ona sama czuje się zniewolona przez otaczającą ją rzeczywistość. W efekcie – coraz bardziej samotna i odrzucona. Matka traktuje ją chłodno i rani emocjonalnie, brat nie okazuje wdzięczności za wszystko, co dla niego zrobiła, a reszta bliskich wyraźnie się dystansuje. W Konstancji zaczyna narastać coś na kształt syndromu Wokulskiego — Polacy jej nie akceptują, ponieważ darzy szacunkiem Niemców, a Niemcy traktują ją jak Polkę, co zresztą nigdy nie było przez nią ukrywane. Związek z Franzem daje jej szansę na nowe życie — ale czy wystarczy jej odwagi, by przekroczyć kolejną granicę? Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć już sam.
Marta Heimann
przeniosła na karty powieści trudne losy Krajny — regionu położonego na
pograniczu trzech województw. Na mocy traktatu wersalskiego większość tych ziem
przypadła Niemcom. Granica wolności jest napisana prostym językiem,
w dużej mierze z perspektywy narratora pierwszoosobowego. Składa się zaledwie z
dziewięciu rozdziałów, jednak jej ładunek emocjonalny jest znacznie większy.
Przyznam szczerze, że książka
wciąż we mnie „pracuje”, a jej otwarte zakończenie porusza czytelnicze
sumienie. Od momentu, gdy zamknąłem ostatnią stronę, nie przestaję się
zastanawiać, jak sam postąpiłbym w podobnej sytuacji — i co najważniejsze, jaką
decyzję ostatecznie podjęła Konstancja. Nie ona jedna w burzliwych dziejach
stanęła przed takim dylematem, lecz to właśnie w jej postaci — niczym w
soczewce — ogniskują się rozterki wcześniejszych, zaborczych pokoleń. Świat Granicy
wolności nie jest barwny, ale zdecydowanie warto go poznać. Zachęcam.

Komentarze
Prześlij komentarz