"Mrok Północy" - recenzja


 

                                            „Mrok Północy” | Recenzja

Czy spojrzenie na historię może się zmieniać, nawet jeśli nie mówimy o historii alternatywnej? Do niedawna uważałem, że jest to niemożliwe, jednak książka Adama Stawickiego skutecznie zmieniła moje nastawienie. Czy można odświeżyć to, co głęboko zakorzeniło się w zbiorowej pamięci społeczeństwa? Również na to pytanie odpowiedź musi być twierdząca. Nie istnieje bowiem jeden uniwersalny sposób kształtowania świadomości kolejnych pokoleń – liczy się przede wszystkim skuteczność przekazu. Mrok Północy dotyka sfery tego, co uświęcone, ale nie narusza utrwalonych już schematów. To po prostu współczesna wersja Trylogii, której obrazy każdy z nas nosi gdzieś w pamięci. Autor oferuje nam nowy klucz interpretacyjny, dostosowany do współczesnych realiów, znacząco odmiennych od tych z końca XIX wieku. Okazuje się, że nowości nie zawsze muszą budzić nieufność – czasem mogą pozytywnie zaskakiwać.

Mrok Północy – prequel najsłynniejszej polskiej Trylogii – otrzymałem w prezencie od przyjaciela na zeszłoroczne urodziny. Przy okazji chciałbym go serdecznie przeprosić, że przeczytanie tej książki zajęło mi ponad trzynaście miesięcy. Nie jest to więc pozycja stricte premierowa, ale za to nadal aktualna, zwłaszcza że niedawno ukazała się jej druga część. Sądzę, że wielu czytelników może uznać, iż pewnych świętości się po prostu nie rusza. Sam początkowo miałem podobne wątpliwości i z pewną niechęcią otwierałem okładkę. Z drugiej strony jednak, przez pierwszych sto stron mój puls osiągał niemal niebezpieczne wartości. Możecie zapytać – dlaczego? Chciałem na własne oczy przekonać się, jak wypadł ten literacki eksperyment. Otwarcie przyznaję, że z podobnym podejściem spotykam się po raz pierwszy. Podejrzewam, że także sam autor, pan Adam, wielokrotnie zastanawiał się, czy nie podjął się zadania ponad własne siły – czy taki zamysł jest w ogóle możliwy do zrealizowania i jak na efekt końcowy zareagują ci odbiorcy, dla których „Trylogia” stanowi nienaruszalne dobro narodowe. To bez wątpienia duży ciężar, ale uczciwie muszę przyznać, że autor poradził sobie z nim nadspodziewanie dobrze. Nie mogę jednak napisać, że doskonale, gdyż byłoby to zbyt dużym uproszczeniem.

W tym wszystkim jedno jest pewne i chcę to szczególnie podkreślić. Pomimo nowego spojrzenia na dobrze nam znaną tematykę i niemal identycznego jak u Sienkiewicza schematu fabuły oraz zachowania bohaterów, nie zmieniło się to, co w każdej części było najistotniejsze. Mam tu na myśli dwie kwestie. Po pierwsze, klimat, humor, historyczne konotacje oraz cechy charakterologiczne postaci, które – choć otrzymały współczesne, XXI-wieczne rysy – pozostały w swej istocie dokładnie takie, jakie pamiętamy z oryginału. Dla mnie miało to ogromne znaczenie. Można było zmienić wszystko, lecz wypaczyłoby to sens całego przedsięwzięcia. Po drugie, niezwykle istotne okazało się, pozostanie w ukochanym przez Sienkiewicza XVII stuleciu, tak bardzo krwawym, a zarazem pięknym. Autor mógł odczuwać pokusę przeniesienia akcji choćby o sto lat wcześniej i stworzenia czegoś „trylogicznie podobnego”. Na szczęście postanowił nie dokonywać radykalnej zmiany czasoprzestrzeni, jedynie lekko ją cofając. Pewne różnice musiały się przecież pojawić. Gdyby natomiast akcja została osadzona później niż kończący Pana Wołodyjowskiego rok 1673, zapewne nie udałoby się odnaleźć tylu interesujących wydarzeń, które można by wykorzystać fabularnie. Dobrze więc, że poszliśmy do przodu.

Cytując generała Wieniawę, dopiero tutaj zaczęły się schody. W tym miejscu na pierwszy plan wysuwa się fakt, że dobrze znani nam bohaterowie – Jan Onufry, Skrzetuski, Rzędzian oraz cała reszta postaci, przekazywanych z pokolenia na pokolenie – zyskali nowe barwy, nową energię, nowy blask, a przede wszystkim nowe-stare ujęcie. Jan Onufry bywa zakochany, choć u Sienkiewicza raczej mu się to nie zdarzało. Z radością obserwujemy, jak pan Zagłoba, dotąd zatwardziały stary kawaler, przeżywa uczuciowe zawirowania, nabierając tym samym nowego, interesującego wymiaru. Panowie Wołodyjowski i Skrzetuski, podobnie jak Rzędzian, a także pozostali bohaterowie, pozostają jednak wierni utrwalonym wzorcom.

Ciekawość czytelnika rośnie z każdą kolejną stroną, choć muszę szczerze przyznać, że niektóre wątki są niepotrzebnie rozwlekłe, zaburzają przejrzystość narracji, a chwilami bywają wręcz nudne. Mowa tu szczególnie o fragmentach związanych z krótkotrwałym spowolnieniem akcji. Na uwagę zasługuje natomiast znakomite oddanie klimatu epoki – doskonale wyczuwalne we wszystkich aspektach powieści.

To właśnie język jest jedną z największych zalet tej książki. Jest mniej archaiczny niż u Sienkiewicza, ponieważ wcale nie musi taki być. Warto podkreślić, że aby odnaleźć się w Mroku Północy, wcale nie trzeba wcześniej znać Ogniem i mieczem, Potopu czy Pana Wołodyjowskiego. Dla wielu czytelników lektura książki Adama Stawickiego może być doskonałym przygotowaniem przed sięgnięciem po oryginalną Trylogię, a to ważne, gdyż jedno bez drugiego nie istnieje. Język jest tu dostosowany do współczesnego odbiorcy – mniej archaiczny niż sienkiewiczowski oryginał, ale wcale nie musi taki być. I właśnie to czyni wiele dobrego. Mrok Północy może być zachętą, rodzajem treningu przed lekturą klasyki, gdyż młodszy czytelnik bez problemu odnajdzie się w powieści Stawickiego.

Nie należy się dziwić, jeśli podczas czytania pojawią się nam przed oczami twarze aktorów znanych z ekranizacji Jerzego Hoffmana – to jedynie dodatkowy atut i świetna zabawa. Oczywiście, Sienkiewicz pozostaje marką samą w sobie, jednak warto się od niego uczyć. Muszę przyznać, że Adam Stawicki tę lekcję odrobił wzorowo.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja