"Małżeńskie więzi" - recenzja
„Małżeńskie
więzi” | Recenzja
Jedna z rzymskich paremii głosi, że małżeństwo cieszy się przychylnością prawa. Jej jawny i ukryty sens sprowadza się do zasady, że nie można stać na przeszkodzie ludzkiemu uczuciu do drugiego człowieka. Co jednak zrobić, gdy pomylimy miłość z jej substytutem? Tak naprawdę istnieją dwa wyjścia – oba równie ryzykowne: albo trwać w czymś „małżeńskopodobnym” do końca, wbrew sobie, albo szukać prawdziwej bliskości na nowo. Przed takim dylematem stanęła Zofia Boratyńska, główna bohaterka Małżeńskich więzi, która na skutek tragicznych doświadczeń musiała przewartościować swoje życie. Czy zrobiła to skutecznie? Przekonamy się już za chwilę.
Zacznę jednym słowem, które najlepiej oddaje mój stosunek do dotychczas wydanych tomów Sagi Warszawskiej – wreszcie! Gdy tylko dowiedziałem się, że na początku nowego roku ukaże się czwarty tom tej uwielbianej w moim domu serii, obrazowo mówiąc, przebierałem nogami z niecierpliwości. Z czytaniem było podobnie – nie licząc przerw, pochłonięcie 320 stron zajęło mi zaledwie dwa dni. Od razu podkreślam, że nie robiłem tego w tempie wystrzałów z karabinu maszynowego ani na czas. Po prostu postanowiłem przeczytać tę książkę jak najszybciej. To trochę jak czekanie na wizytę serdecznego przyjaciela – czas jego podróży niemiłosiernie się dłuży, a my nie możemy się doczekać, by odebrać go z dworca i napić się z nim kawy. Rodzina Żarskich i ich kolejne pokolenia stali się dla mnie jak bliscy krewni, którzy co jakiś czas wpadają z wizytą. Czuję się w ich towarzystwie swobodnie, z kubkiem dobrej herbaty w dłoni, a oni odpłacają mi powrotem do historii, którą tak kocham.
Jeśli dobrze pamiętacie z moich wpisów na blogu, oceniając kolejne książki z tej serii, wielokrotnie podkreślałem, że są one niezwykle ciepłe, rodzinne, pełne bliskości, wzajemnego wsparcia i zrozumienia. Absolutnie nie wycofuję się z tych stwierdzeń. Muszę jednak zaznaczyć, że Małżeńskie więzi mają zupełnie inny ciężar gatunkowy. Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszym z nich jest to, że tym razem fabuła skupia się wyłącznie na losach jednej postaci – Zofii Boratyńskiej, znanej już z poprzednich części. Wychodzi za mąż nie z miłości, lecz wyłącznie po to, by sprawić radość ciężko chorej matce, której jedynym marzeniem jest zobaczenie córki w białej sukni na ślubnym kobiercu. Niedługo później okazuje się jednak, że jej małżeństwo było całkowitym niewypałem, a winę za to ponosi przede wszystkim jej mąż – swoim karygodnym zachowaniem szybko niszczy wszelkie nadzieje na wspólne szczęście. Łatwo oceniać tę sytuację z perspektywy XXI wieku, ale dwieście lat temu konwenanse społeczne były zupełnie inne – to żona musiała być bezwzględnie posłuszna mężowi. Nikt jeszcze wówczas nie słyszał o małżeńskim równouprawnieniu. Nieszczęśliwa Zofia wie, że nie ma dokąd uciec ani gdzie szukać pomocy. Może jedynie biernie patrzeć, jak Miron w krótkim czasie doprowadza do bankructwa interes jej ojca swoimi bezsensownymi pomysłami, okazując jej przy tym lekceważenie i zupełny brak jakichkolwiek wyższych wartości. Nie mają ze sobą, o czym rozmawiać. Niestety, ówczesne normy społeczne nie pozostawiały jej wyboru.
Na kartach powieści pojawia się inżynier Felicjan Żarski, wnuk hrabiego Żarskiego znanego z pierwszego i drugiego tomu. Słusznie się domyślacie… Tak, nawiązuje romans z Zosią Boratyńską, która, uniesiona siłą uczucia, postanawia odejść od męża. Jak to w życiu i książkach bywa, ich idylla nie trwa długo. Nasza bohaterka wkrótce znajdzie się w niewłaściwym miejscu i zostanie wplątana w zamach na generała-gubernatora, za co zostanie skazana na zesłanie. Dręczony wyrzutami sumienia Feliś, w towarzystwie oddanej służącej, podąży za nią na syberyjskie pustkowia. Nie przewidzi jednak jednego – jego ukochana dźwiga traumatyczny bagaż doświadczeń, którego nie tak łatwo się pozbyć. Można właściwie uznać, że Małżeńskie więzi dzielą się na dwie części – warszawską i zesłańczą. Obie równie trudne. Ten tom, jak już podkreślałem, całkowicie zmienia swój ciężar gatunkowy. W tym miejscu należą się gratulacje za stworzenie niepowtarzalnej atmosfery niebezpieczeństwa.
Podobna sytuacja dotyczy również historii, która w tej powieści – jak i w całej serii – odgrywa kluczową rolę. Razem z bohaterami zmieniamy perspektywę i przenosimy się do styczniowego zrywu 1863 roku, a także jego wszystkich konsekwencji. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy powstania (w historiografii są nazywani „czerwonymi” i „białymi”) robią wszystko, co w ich mocy, aby przedłużyć walkę. Jednak, wyraźnie widać było, że w starciu z moskiewską machiną wojenną nawet najliczniejsze oddziały powstańcze nie miały żadnych szans. Było już za późno na odwrót – sprawy zaszły za daleko. Powstańcom pozostał już tylko honor, którego nie odbiorą im żadne upokorzenia. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, ale o powstańcach styczniowych czytam z większym rozrzewnieniem i smutkiem niż o spiskowcach listopadowych.
Jak zawsze, nie mam
najmniejszych uwag co do warstwy merytorycznej ani konstrukcji książki. Autorka
doskonale orientuje się w realiach historycznych, obejmujących różne aspekty –
od kulinariów i strojów po sposób wypowiedzi oraz sytuację międzynarodową. Pod
względem stylistycznym i językowym również nie dostrzegam żadnych niedociągnięć.
Może tylko jedno – ostatnie zdanie w porównaniu z pozostałymi książkami z Sagi
Warszawskiej - ta książka jest wyjątkowo
smutna, nostalgiczna i przerażająco współczesna. Z tych i wielu innych
powodów warto ją przeczytać.

Komentarze
Prześlij komentarz