"W imię ojca" - recenzja
„W
imię ojca” | Recenzja
Należy otwarcie przyznać, że czasy, gdy Kościół cieszył się instytucjonalnym, niekwestionowanym autorytetem, dawno minęły – przypuszczam, że bezpowrotnie. Parafrazując słowa Michałowej z ostatniego odcinka „Rancza”, wyraźnie widać, że sama sutanna już go nie zapewnia. Przyczyn tego stanu jest wiele, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, jednak nie miejsce tu na ich szczegółową analizę. Książka Łukasza Wachowskiego obrazuje Kościół jako instytucję pełną hipokryzji, mrocznych stron i emocjonalnego szantażu, choć pojawiają się również postacie pozytywne. Nikt, kto przeczyta tę powieść, nie pozostanie wobec niej obojętny; jej treść będzie w nim rezonować. To nie jest przyjemna lektura, mimo to zachęcam do literackiej podróży.
Zacznę od szczerego wyznania: mój najbliższy przyjaciel jest ateistą. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że ja jestem wierzący. Mimo tych różnic dogadujemy się doskonale, rozumiemy się niemal bez słów i się wspieramy. Różnice w podejściu do kwestii wiary nie mają dla nas większego znaczenia, choć często prowadzimy na ten temat dyskusje. Najczęściej każdy z nas pozostaje przy swoim stanowisku, choć oboje dostrzegamy pewne niuanse w argumentach drugiej strony. Sięgając po książkę W imię Ojca, odczuwałem pewien niepokój – obawiałem się, że autorem jest zaciekłym ateistą, który nie pozostawi na księżach ani na Kościele suchej nitki, obrzucając ich oskarżeniami i odsądzając od czci i wiary. Na szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione. Choć autor od początku daje do zrozumienia, że nie ma najlepszego zdania o większości osób tworzących Kościół; jego krytyka w dużej mierze wydaje się uzasadniona – i z nią się zgadzam. Jedno jest pewne: jeśli stan Kościoła i jego kondycja rzeczywiście wyglądają choć w części tak, jak zostało to przedstawione w książce, jego dni mogą być policzone.
Przed przedstawieniem zarysu fabuły warto zaznaczyć, że „wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe”. Przyznam, że początkowo sądziłem, że przeczytanie tych czterystu pięćdziesięciu stron zajmie mi co najmniej tydzień. Tymczasem uporałem się z lekturą w zaledwie dwa dni. To przede wszystkim zasługa doskonale skonstruowanej fabuły, która nie tylko wciąga czytelnika w świat przedstawiony, lecz także zmusza go do aktywnego zaangażowania – analizy faktów, tworzenia portretów psychologicznych postaci, profilowania potencjalnych sprawców, wyciągania wniosków i wnikliwego oddzielania poszlak od twardych dowodów oraz fałszu od faktów. Mamy tu do czynienia ze stuprocentowym kryminałem. Co więcej, akcja powieści rozgrywa się na terenie archidiecezji łódzkiej, w okolicach znajdujących się całkiem blisko mnie. Na chwilę przenosimy się nawet do Radomska, oddalonego o zaledwie 35 kilometrów od mojego domu, co było dla mnie wyjątkowo interesującym akcentem.
Główni bohaterowie to grupa księży, którzy od czasów seminaryjnych trzymali się razem. Spoiwem ich silnej relacji nie była jednak przyjaźń, lecz wspólne błędy przeszłości oraz pragnienie, by nigdy nie ujrzały one światła dziennego. Jak dowiadujemy się z książki, żaden z nich (poza jednym) nie powinien był dostąpić święceń, a tym bardziej trafić do jakiejkolwiek parafii. Z różnych powodów nie byli do tego przygotowani. Kierowały nimi niskie pobudki: chęć zdobycia splendoru, dążenie do wysokiej pozycji, a przede wszystkim strach. Jak można się domyślić, każdy z nich ginie, zamordowany w brutalny sposób, przy czym metoda zabójstwa jest uzależniona od stopnia winy w pewnym zdarzeniu z przeszłości. Ich śmierć ma stanowić rytualne wymierzenie sprawiedliwości – sprawcy czerpią inspirację z biblijnych sposobów karania winnych. Śledztwo, złożone z licznych wątków, prowadzi komisarz Marlena Podgajna z zespołem. Wszystko, co wiąże się z tą sprawą, bezpowrotnie odciśnie się na ich życiu prywatnym i zawodowym. W tekście można zauważyć specyficzny język, policyjne sformułowania oraz charakterystyczne slogany, które nadają opowieści realistycznego tonu.
Śledczy od samego początku napotykają liczne przeszkody. Kościół odmawia współpracy, próbując zamieść sprawę pod dywan. Ordynariusz jawi się jako prawdziwy schwrtzcharakter – nie tylko nie dostrzega problemu, ale również traktuje zarówno kobiety, jak i policjantów z wyższością. Na szczęście jego sekretarz, kierując się uczciwością i szlachetnymi pobudkami, staje po stronie sprawiedliwości. Wkrótce cała sytuacja obraca się przeciwko hierarsze, ujawniając jego niechlubne działania. Wiejskie parafie, w których posługiwali kapłani, również skrywają liczne tajemnice – zarówno te związane z życiem duszpasterskim, jak i relacjami międzyludzkimi. Miejscowa społeczność ma jednak bardzo typowe podejście do duchowieństwa: „wszystko, co jest przeciwko księżom, jest przeciwko nam, Polsce i tradycji”. Zobaczycie sami, jak trudno jest dotrzeć choćby do odrobiny prawdy w świecie pełnym zawiłych intryg i głęboko zakorzenionych przekonań.
Gdzie leży prawda? Co oznaczają te wydarzenia i dokąd prowadzą? Odpowiedzi kryją się w przeszłości poszczególnych księży. Najbardziej przygnębiające jest jednak to, że w całej sprawie ucierpiały osoby, które pokładały wiarę w instytucję Kościoła i przez trzydzieści lat czekały na sprawiedliwość. Niestety, nie wszyscy się jej doczekają. Tego rodzaju historie pokazują, że największy ciężar spada na tych, którzy są najbardziej uczciwi, zaangażowani i bezbronni. To właśnie oni doświadczają bólu, jakby uderzeni obuchem w głowę – ofiary, które nie zasłużyły na swój los.
W imię ojca czerpie
wiele inspiracji z medialnych doniesień o gorszących zachowaniach niektórych
duchownych, a jednocześnie w wyjątkowy sposób nadaje im literacki wymiar. To
lektura przeznaczona dla osób o mocnych nerwach. Jedno jest pewne – ta
powieść niewiele odbiega od przykrej rzeczywistości; jest odpowiedzią na
mechanizmy unikania odpowiedzialności i zaprzeczania faktom. Każdy, kto
postępuje w ten sposób, ma na rękach metaforyczną krew – ofiary ich zaniedbań i
zaniechań. Tak dłużej być nie może, i obyśmy nie musieli już więcej doświadczać
takich sytuacji.

Komentarze
Prześlij komentarz