"Oblężenie"- recenzja

                                         Oblężenie | Recenzja

Kontynuacja dobrze odebranej powieści nie jest łatwym zadaniem. Nie można przecież obniżyć lotów, bo czytelnicy zaraz to wyłapią. Ponadto należy mieć w głowie dalsze losy głównych bohaterów oraz pozostałe części składowe fabuły. W przypadku powieści historycznych jest to nieco prostsze – jest przecież do wyboru wiele wydarzeń, które można w różny sposób powiązać z tym, co wydarzyło się w poprzedniej części. Mimo wszystko, i tak  na autora czyha wiele pułapek, a on sam musi uważać, aby w nie nie wpaść. „Oblężenie” jest przykładem na to, że Geraint Jones, ma wszystko przemyślane i nie schodzi bez potrzeby z raz obranej drogi. Lektura książki jest wciąż prawdziwą ucztą. Pamiętacie Państwo, gdzie zostawiliśmy Feliksa i tych z jego przyjaciół, którym udało się przeżyć bitwę w Lesie Teutoburskim?

W germańskiej niewoli, w której niemal natychmiast z rasowych żołnierzy zmienili się w niemających żadnych praw niewolników. Dla kogoś, kto nigdy nim nie był – wręcz przeciwnie – to on zamieniał ludzi w „mówiące narzędzia” było to zdarzenie druzgocące, z którego właściwie nie dało się już odwrócić. W dziejach Rzymu był taki okres, że liczba niewolników, w samym Wiecznym Mieście, znacznie przekroczyła obywateli, posługujących się pełnią praw. Dość jednak już o państwie i prawie. Najważniejsza znów staje się książka. Na początku, chciałbym naprawić błąd z poprzedniej recenzji tej serii. Mianowicie, ani jednym słowem nie odniosłem się do okładki, a to przecież pierwsza rzecz, na jaką czytelnik zwraca uwagę, biorąc coś z półki księgarni lub zamawiając publikację przez internet. Zatem dopełniam tego obowiązku – kolorowe rysunki rzymskich legionistów, w różnych ujęciach mocno oddziałują na to, co przeczyta się zaraz za obwolutą. Siła użytych barw sprawia, że najdrobniejsze szczegóły można dostrzec bez niepotrzebnego wysilania wzroku. Kończąc ten wątek, chciałem zgłosić postulat wprowadzenia przy okazji kolejnych wydań chociaż kilku rysunków w samej powieści.

W odniesieniach fabularnych, dla kogoś kto podąża od początku za naszymi bohaterami tak naprawdę niewiele się zmieni. Nadal pozostanie w świecie wojny, okrucieństwa, braku zasad, ale również nadrzędnej potrzeby walki o życie i zdrowie. Tym razem, po ucieczce głównego bohatera i jego kumpli z jenieckiego obozu (co w sumie miało w sobie wiele szczęścia), a co za tym idzie po całej serii zdarzeń, który mogły skończyć się zupełnie nie tak, jak nasi żołnierze sobie je zaplanowali, docierają do fortu Aliso. Myliłby się ten, kto sądził, że czeka ich tam zasłużony odpoczynek, połączony z dawką chwilowego spokoju. Niedługo po tym, jak zakończył się proces aklimatyzacji fort został oblężony przez siły germańskie, a zatem przez barbarzyńców. Nietrudno się domyśleć, że im dłużej trwało starcie, w ludziach coraz bardziej odzywały się pierwotne instynkty, potęgowane przez głód, ciągły widok śmierci, ale przede wszystkim przez niepewność oraz wizję nieuchronnej porażki. Odważne czyny głównego bohatera są jedną z osi tego, co się tam dzieje. Tylko niewielu – w tym Feliks- wciąż wierzyli, że rzymska machina wojenna w końcu się „naoliwi”, wracając na właściwe tory. Czy mieli rację, dowiecie się Państwo sami. Jedno jest pewne kryzys Rzymu, jako tego, który niósł podbitym ludom cywilizację, jest już widoczny dla wszystkich, a nic nie zapowiada poprawy.

Niezwykle ciekawym zabiegiem artystycznym z pewnością okazało się stosowanie coraz więcej odwołań do wewnętrznych przeżyć, czy przemyśleń, jakie w związku z tym wszystkim, co przechodzi  Feliks. Zaczyna dostrzegać, że choć wojna w tamtych czasach była właściwie jedynym możliwym sposobem rozwiązywania konfliktów, to niesie ona za sobą dużo więcej konsekwencji, które dotykają tych, którzy w tym konflikcie w ogóle nie biorą udziału, bądź też po prostu znaleźli się w złym miejscu o złej porze. Nie znaczy to wcale, że stał się pacyfistą. Nie mógł, bo tak został ukształtowany, lecz istotne, że pomimo pancerza rzymskiego żołnierza, dla którego wojenna pożoga jest jak matka albo druga skóra, widział więcej niż inni. Mam nawet wrażenie, że od samego początku miał w sobie dużo więcej ludzkich odruchów, niż zdecydowana większość żołnierzy (z nielicznymi wyjątkami). Jest to oczywiste nawiązanie do tego, aby nawet w sytuacjach, które pozornie wydają się katastrofalne do końca pozostać wierny podstawowym zasadom człowieczeństwa.

Po raz pierwszy w „Oblężeniu” pojawia się także wątek miłosny, który w „Krwawym lesie” z wiadomych powodów nie mógł zaistnieć. Prowadzony jest zupełnie poprawny, a jego koniec właściwie można było przewidzieć. Stwarza on jednak dobrą odskocznię od krwi, miecza, krzyków i jęków. Jedno jest pewne, służba w rzymskich legionach, tak ważna dla wielu, bowiem podkreślała ich zaangażowanie w siłę oraz moc Imperium Romanum, tylko z pozoru była zero-jedynkowa, skupiona na jednym jedynym celu, a zatem poszerzaniem granic władztwa cesarza, który, co trzeba sobie od razu powiedzieć, wcale nie musiał być bogiem wojny.

Nie dla wszystkich walka za murami dobrze się skończy. Jednak nasza przygoda z Feliksem trwa dalej. Razem z nim będziemy przeżywać kolejne przygody i nadzwyczajne sytuacje. Ja już sięgam po kolejną część, a swoich odbiorców proszę o cierpliwość.

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja