"Mąż krwawy" - recenzja

                                                                       „Mąż krwawy” | Recenzja

Każdy, kto czerpie przyjemność z czytania, na pewno posiada swój osobisty zestaw ulubionych książek, do których często wraca. Niezależnie od okoliczności, powrót do ulubionej lektury to czas odprężenia, relaksu i wewnętrznego uspokojenia. Jednak w przypadku powieści Mąż krwawy sytuacja jest nieco inna. Dzięki projektowi wydawnictwa Replika mamy szansę na nowo odkryć tę historyczną powieść sprzed lat. Wiele z tych starszych dzieł odeszło już w zapomnienie, a ich tytuły niewiele mówią dzisiejszym czytelnikom. Pozycje takie jak Szabla i miecz pozwalają odwrócić tę tendencję. Starsze opowiadania mają w sobie duszę, która była związana z przekazem, służącym budowaniu świadomości narodowej. Odczytywanie ich w takim kluczu pozwala spojrzeć na nie w zupełnie nowym świetle.

Parafrazując prolog Ogniem i mieczem „Rok 1914 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi, zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. Przecież to właśnie po zamachu w Sarajewie wybuchła wojna, która położyła kres trzem monarchiom i przywróciła niepodległość krajom takim jak Polska, funkcjonującym dotąd pod obcym panowaniem. Problem polegał na tym, że wolność trzeba było wywalczyć własnymi rękami. Nikt z antagonistycznie nastawionych do siebie obozów, ani osoba o dużej świadomości politycznej, nie przewidział, że to starcie przerodzi się w czteroletnią, wyniszczającą pozycyjną układankę. Niemniej Polacy widzieli w tej wojnie swoją szansę – szansę, porzuconą po trzech nieudanych akcjach zbrojnych. Gra była warta świeczki, a niepodległość, choć w nieznanej jeszcze formie, wydawała się realna. Dlatego ważne było, aby w młodym pokoleniu nie zgasł płomyk patriotyzmu. Właśnie powieści takie jak ta służyły temu celowi.

Przyznam, że czytanie reprintu książki mającej 110 lat wywołało we mnie pewien dreszczyk emocji. Trzymałem w dłoniach prawdziwego białego kruka. W 1914 roku urodziła się moja ukochana prababcia, i choć nie sądzę, aby kiedykolwiek czytała tę książkę, to oddając się lekturze, przeniosłem się myślami do jej dzieciństwa. Nie musiałem się długo zastanawiać, dlaczego w tamtym czasie tak wielu autorów tworzyło książki fabularnie, oparte na ważnych dla Polaków postaciach oraz najistotniejszych wydarzeniach, rozgrywających się w najbardziej znanych miejscach, takich jak Kraków czy Gniezno. Trzeba było na nowo pobudzić ducha, wskrzesić tę iskrę, z której Polacy słyną w całej Europie. Przy tym warto pamiętać, że Trylogia trafiała głównie do nieco starszych czytelników. Ta prosta w konstrukcji książka, rozgrywająca się w czasach Kazimierza Wielkiego, miała szansę odnieść sukces i spełnić swoje zadanie wśród uczniów i młodszych odbiorców.

Osadzenie Krwawego męża w czasach Królestwa Polskiego, za panowania ostatniego Piasta, pozwalało przekazać pewien walor edukacyjny. Dodatkowo oparcie całej akcji na walce ze złem i niesprawiedliwością - gdyż osią całej fabuły jest konflikt króla z Maćkiem Borkowicem - podświadomie naprowadza czytającego do właściwiej analizy całości. Tutaj nic nie jest pozostawione przypadkowi. Niecne czyny wojewody zostają napiętnowane, a on sam ponosi zasłużoną karę. Obecne w książce odniesienia do przyrody, wspomnienia minionych wydarzeń, opisy i retrospekcje, wzbudzają tęsknotę za krajem, który trzeba na nowo wskrzesić. Co za tym idzie, jest tu również obecny niezwykle prosty efekt wychowawczy – znajomość historii jest ważna, a popełnianie złych uczynków przynosi hańbę, jest niegodne i nie licuje z polską prawością. W zaprezentowanym przebiegu zdarzeń wszystko się zgadza. Znajdziemy tu rycerzy, zbroje, konie, wojewodów, zamki, zdrady, skrytobójstwa, pieniądze, sławę, miłość, a to wszystko w średniowiecznym rozumowaniu.

Jednym z potencjalnych problemów może być warstwa językowa, a wspominałem już o tym, recenzując poprzednią książkę z tej serii. Autor posługuje się bowiem składnią i pisownią, które dziś już nie są powszechnie używane. Oczywiście nie można mieć pretensji do pisarza – używał języka, który w tamtych czasach był normą. Niemniej jednak dla współczesnych, zwłaszcza młodszych czytelników, może to być pewnym problemem. Mimo wszystko uważam, że cała książka jest zrozumiała, a dobrze, że nie próbowano jej na siłę unowocześniać. Świetne wrażenie sprawia także duża, wygodna czcionka, która z pewnością nie męczy oczu podczas czytania. Uroku dodaje również wyrazista okładka oraz ładny papier. Choć trochę brakuje ilustracji, rozumiem, że w wydaniu, z którego korzystano przy wznowieniu, również ich nie było.

Kończąc, dziękuję wydawnictwu Replika za podjęcie się ważnego, ale jednocześnie trudnego zadania przywracania pamięci i tworzenia ciągłości pomiędzy przeszłością, a współczesnością. Czas spędzony z tą książką z pewnością nie będzie zmarnowany, a historia na nowo otworzy przed nami swoje drzwi. Jestem przekonany, że właśnie o to w tym chodzi. Czekam zatem na kolejne propozycje.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja