"Dziki Kamieńczyk" - recenzja
„Dziki Kamieńczyk” | Recenzja
Sądzę, że niemal wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak szybko zmienia się świat, w którym żyjemy. Co więcej, już Heraklit z Efezu twierdził, że to właśnie zmiana jest jedyną stałą we wszechświecie. Właściwie można przyznać mu słuszność. Trzeba jednak pamiętać, że choć zdecydowana większość udoskonaleń w różnych dziedzinach polepsza życie człowieka, istnieją również takie, które budzą wątpliwości moralno-etyczne lub same w sobie prowadzą ku samozagładzie. Najgorsze jest chyba takie rozwiązanie, w którym potrzeba ciągłych usprawnień staje się celem samym w sobie. Wówczas znajdujemy się bardzo blisko przepaści, na którą trzeba uważać, bo odwrotu już nie będzie. Dlatego każdą zmianę należy bardzo dobrze rozważyć, wyważając różnorodne aspekty.
Jeden z byłych polskich prezydentów ukuł dość powszechne, a zarazem zabawne powiedzenie, że można być “za a nawet przeciw”. To stwierdzenie doskonale oddaje dylematy, z jakimi często się spotykamy. Czasami musimy mocno opowiedzieć się po jednej ze stron, ponieważ stanie w miejscu nie przynosi żadnych korzyści, a wyboru i tak kiedyś dokonać będziemy musieli. Zmiana, w swej istocie, jeśli tylko nie dotyka wrażliwych lub osobistych przymiotów człowieka, albo nie łamie jego moralnego kręgosłupa, nie jest czymś złym. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie codziennych sytuacji. Czy chcielibyśmy w XXI wieku prać nasze brudne ubrania w rzece zamiast w pralce automatycznej? Albo wciąż oświetlać mieszkanie lampą naftową lub zestawem świec? Prawdopodobnie nie. Te zmiany przyjęliśmy więc z dobrodziejstwem inwentarza, nie mając nic przeciwko. Jednak czy zawsze tak jest? Za ilustrację tych dylematów posłużą chociażby sieci 5G, farmy wiatrowe czy sztuczna inteligencja. Wszędzie tam należy wsłuchać się w argumenty zarówno zwolenników, jak i przeciwników, a później z obu narracji wybrać części wspólne. Niejednokrotnie jednak człowiek musi się sprzeciwić szaleństwu poprawności politycznej i dążeniu do pełnej cyfryzacji naszego życia. Taka postawa może skutkować niezrozumieniem, wyśmianiem, odrzuceniem czy społecznym ostracyzmem. Niemniej jednak warto zachować zdrowy rozsądek – z pewnością się przyda.
Dziki Kamieńczyk to oficjalnie powieść z gatunku science-fiction, ale po dokładnej analizie uważam, że jej właściwa kategoryzacja powinna brzmieć jako manifest społeczny, przyczynek do dyskusji o społeczeństwie, futurystyczna książka o ryzyku lub przepowiednia na następne kilkaset lat. Niemniej jednak, nie martwcie się na zapas – nie znajdziecie w niej właściwie żadnych elementów typowych dla tego rodzaju literatury. Pomimo tego, zawiera ona potężną dawkę wiedzy, komentarzy, egzemplifikacji oraz analiz odnoszących się do współczesnej sytuacji człowieka, która wcale nie jest łatwa. Z całości tekstu wynika, że autor wpadł w pułapkę zastawioną przez samego siebie. Chęć ulepszania tego, co już jest raczej dobre, przynosi opłakane, niedające się do końca przewidzieć skutki. Utopijne państwo założone w tytułowej wsi wcale nie jest takie idealne, jak chce się wydawać. Społeczeństwo żyje nie wiadomo po co, jest podporządkowane i ślepo wykonuje polecenia władzy. Zdrowy rozsądek dawno ustąpił miejsca nihilizmowi. Z perspektywy nas, czytających takie rzeczy jak krwawe ofiary ku czci boga ekologizmu, zakaz picia mleka, trzymanie zwierząt, jedzenie mięsa czy przymusowa eutanazja wydają się zupełnie absurdalne. Podobieństwo do Orwella jest bardzo czytelne, a okładka nawiązuje do plakatów „Solidarności” z 4 czerwca 1989 roku.
Szeryf Habanero, główny bohater naszej opowieści, budzi się z długiej hibernacji i trafia do zupełnie innego świata. Przeżywa swoisty szok poznawczy, ale nie zamierza dostosować się do nowej rzeczywistości za wszelką cenę. Zamiast tego postanawia rozwikłać kryminalną zagadkę związaną ze śmiercią kilku osób w krótkim czasie. W swoim śledztwie stosuje nietypowe metody, które mieszkańcy Kamieńczyka nie są w stanie zrozumieć. Na każdym kroku napotyka przeszkody i zmiany społeczne, a wszystko komentuje z dużą dawką sarkazmu i poczucia humoru. To właśnie te elementy sprawiają, że świat przedstawiony w utworze wydaje się zupełnie nieprzystający do tego, co ludzie znali do tej pory, i wymykający się wszelkim znanym prawom logiki, sprawiedliwości czy zasadom ludzkiej koegzystencji.
Pomimo krótkiej formy oraz umiejętnego,
zabawnego, nieco absurdalnego prowadzenia akcji książka ta w gruncie rzeczy jest niesamowicie smutna, pełna goryczy i
przekonania, że jeśli ktoś nie zatrzyma tego szaleństwa świat stanie w
płomieniach relatywizmu, dobroludzizmu, fałszywie pojętego miłosierdzia. W
istocie Kamieńczyk to tylko, znak, figura, symbol postępu rozpiętego aż do sytuacji krańcowych. To tak naprawdę opowieść o nas samych, o
odwiecznych ludzkich pragnieniach
prawdy, dobra i piękna, które można wypaczyć, źle zrozumieć, źle
zinterpretować. Jednak wówczas powinna nam się zapalić przysłowiowa
czerwona lampka. Jeśli do tego nie dojdzie, czeka nas nieuchronna zagłada
wyznawanych do tej pory wartości, przekonań, czy poglądów. Pytanie tylko w imię
czego i czy naprawdę warto dokonywać „operacji na otwartym sercu", jeśli wcale nie
mamy pewności, że pacjent w ogóle przeżyje. Szkoda go.

Komentarze
Prześlij komentarz