"Aquila"-recenzja

 

                                                                                    „Aquila” | Recenzja

Trudno znaleźć młodego człowieka – głównie chłopca, ale nie wyłącznie – którego nie fascynowałaby postać Zorro. Ten bohater literackiej przygody stanowi uosobienie obrony słabszych i tych, którzy potrzebują pomocy. Można by przypuszczać, że z biegiem lat, postać człowieka w masce straciłaby na popularności. Rzeczywiście, pewien spadek zainteresowania można zauważyć, ale nie jest on całkowity. Dowodem na to jest niedawno wydana na polskim rynku powieść, która z powodzeniem przenosi go do XVII-wiecznej Rzeczypospolitej, gdzie niesprawiedliwość głęboko się zakorzeniła. Rezultat tego przeniesienia przekracza najśmielsze oczekiwania, pozostawiając czytelnika w stanie zachwytu, pełnym zaskoczenia oraz wypatrującym kolejnych przygód tajemniczego bohatera.

Im więcej czytam książek historycznych, zarówno dla siebie, jak i na potrzeby recenzji, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tzw. wiek wojen stanowi jedną z najczęściej wybieranych epok do osadzania akcji powieści. Nie uważam tego za nic nadzwyczajnego – przecież był to okres niezwykle płodny w pozytywne i negatywne wydarzenia dla naszej ojczyzny. To właśnie o tej epoce pisze Henryk Sienkiewicz w swojej Trylogii, która nawet współcześnie, wśród coraz bardziej wymagających czytelników, nie traci na popularności. Podobnie jest z powieścią Aquila – czytelnik prawie natychmiast przenosi się w inną rzeczywistość. Nadal obowiązuje tu liberum veto, a szlachta bardziej niż losem kraju dba o własne interesy. Rozgoryczony król Jan Kazimierz podejmuje decyzję o abdykacji. Wszystko to dzieje się w wielkiej skali, ale również w małych folwarkach, gospodarstwach, dworkach i dzierżawach nie jest lepiej: szerzy się fałszywie pojmowana szlachecka wolność, magnaci przekonani o swojej pozycji, popartej przywilejami, za nic mają wymiar sprawiedliwości. Rządzą twardą ręką, wyrządzając wiele zła. Wygląda na to, że nikt nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy – przynajmniej na razie.

Fabularne przygody polskiego Zorro, przeniesione na nasz rodzimy grunt, są bardzo ciekawe. Widać, że autor ma dużą wiedzę na temat tego, o czym pisze. Dość wiernie oddaje realia tamtej epoki, stosuje makaronizmy, stylizuje język i prawidłowo przedstawia związek przyczynowo skutkowy. Maluje obraz wydarzeń natury krajowej i geopolitycznej. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bowiem w powieściach, w których historia odgrywa istotną rolę, nie można sobie pozwolić na potknięcia natury podstawowej, a tym bardziej na kardynalne błędy, które mogą je dyskwalifikować w całości. Stoję na stanowisku, że książki takie, jak ta, mają duże znaczenie w zainteresowaniu młodych ludzi historią. W przypadku tej powieści wszystko jest na swoim miejscu, a wyobraźnia czytającego działa od pierwszego zdania.

Antoni Chrzonstowski, kreując przygody Piotra Korsaka oraz jego bliskich i przyjaciół, świadomie unikał nieuzasadnionych nawiązań do literackiego pierwowzoru autorstwa Johnstona McCulleya. Podobnie jak McCulley, Chrzonstowski nie akceptuje argumentu siły ani braku szacunku dla słabszych. Aquila (łac. orzeł) mierzy się z problemami charakterystycznymi dla Rzeczypospolitej, a inspiracja wybranym stylem czy bohaterem nie jest wadą. Retrospekcja ukazująca historię głównego bohatera maluje obraz, który, zestawiony z innymi elementami przedstawionego świata, przenosi nas do epoki dawno minionych dni, które nadal wzbudzają naszą ciekawość. Tajemniczy jeździec niezmiennie wydostaje się z opresji i zastawionych na niego sideł, wykorzystując swój spryt i umiejętności zdobyte za granicą. Książka jest również naszpikowana humorem, który, choć często osadzony w kontekście epoki, jest na tyle uniwersalny, że nawet osoba bez szczegółowego wprowadzenia powinna go pojąć bez trudu.

W warstwie literackiej autorowi należą się same pochwały. Książka, mimo swoich rozmiarów, zawiera wszystko, czego można oczekiwać. Mamy tu szermierkę, pojedynki, zajazdy, szlachecką rubaszność, megalomanię, konie, kobiety, romanse, nieszczęśliwe miłości i wiele więcej. Powieść jest podzielona na dwie części, z których każda składa się z kilku rozdziałów o podobnej strukturze, ale różnej długości. Ciekawym zabiegiem jest zatytułowanie każdego z nich łacińską sentencją, która bezpośrednio wiąże się z kolejnymi przygodami młodego szlachcica powracającego z Wenecji. Całość czyta się bardzo dobrze – fabuła jest dobrze przemyślana i przelana na papier. Autor unika niepotrzebnych dłużyzn i powtórzeń, choć czasami akcja toczy się na tyle dynamicznie, że można zapomnieć o tym, co miało miejsce dwa akapity wcześniej. Nie zauważyłem praktycznie żadnych niedociągnięć redaktorskich.

Podsumowując, uważam, że debiut jest nadzwyczaj udany. Nieszablonowość, szczególnie u młodych twórców, zasługują na uwagę i pochwałę. Polska historia wciąż kryje przed nami wiele fascynujących odkryć. Cieszy mnie, że można to robić w ciekawy sposób, pełen niespodzianek i zwrotów akcji. Może warto podjąć działania, aby przedstawić mniej znane okresy, takie jak XV, XVI czy XIX wiek? Wszystko jest jeszcze przed nami, a ja z niecierpliwością czekam na kolejne części tej serii.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Szept moczarów. Światła nad moczarami" - recenzja

"Dziedzictwo elfów" t. 2 - recenzja

"Kasztanka Piłsudskiego" - recenzja